ZNAJDŹ WETERYNARZA

czwartek, 21 Wrzesień 2017 Wersja beta

Bella

Bella

Bella

Bella, Brandon i Sugang to batuańskie tygrysy „prawie sumatrzańskie”. „Prawie”, bo dokumentacja, wraz z informacjami na temat rodowodu rodziców, zaginęła w powszechnym jawajskim bałaganie, lecz fenotyp kotów i wieść gminna niesie, że są tygrysami bengalsko-sumatrzańsko-zagadkowymi. „Batuańskie”, bo w charakterystycznym dla wszystkich urodzonych w tutejszym zoo wielkich kotów pokroju jamnikopodobnym – niskie, długie, krzywołape i garbate. Tygrysy, które w dzieciństwie zapłaciły ciężką chorobą metaboliczną kości za żywieniowo-oszczędnościowe eksperymenty lokalnych weterynarzy.

To właśnie jeden z nich – Bella została prawdopodobnie pierwszą w historii medycyny weterynaryjnej zwierząt egzotycznych tygrysicą z ropomaciczem, zdiagnozowanym jako koci katar. To nie żart, to dramat.

Dla nas historia Belli rozpoczęła się, gdy wylecieliśmy w obce kraje, wyrobić nową wizę i pozachwycać się singapurskim zoo. Wróciliśmy skrajnie zażenowani poziomem, działalnością i strategią rozwoju naszego ogrodu. Mimo wszystko byliśmy pełni zapału, by dalej nieść przez ten ocean niewiedzy, lenistwa i beznadziei kaganek oświaty i ratować zwierzątka. Wróciliśmy po północy, a o 9 rano byliśmy już w pracy.

– Co się działo, jak nas nie było?

– Nic się nie działo. Spokój. Nie ma pracy.

W Batu Secret ZOO jest morze pracy. Ale czasem trzeba przejść się po ścieżkach, żeby zobaczyć np. że wszystkie kuce mają przerośnięte kopyta i wypadałoby je skorygować. Należałoby również wiedzieć, jak korekcję kopyt się przeprowadza i jak wygląda norma. Ponieważ tutejsi lekarze nie mają pojęcia o zdrowiu zwierząt, nie dostrzegają chorób. Mają dobrą pracę. Spokojną.

Już chwilę później okazało się, że krowa z mastitis ostatecznie się wycieliła, a jej dzieciaczek pierwsze 18 godzin swojego życia przeleżał, głodując, w odchodach. Teraz ma hipotermię i zapalenie pępka, nie ma za to odruchu ssania ani sił, żeby wstać. Nilgai, którego zszywałam przed wyjazdem do Singapuru, umarł w nie-do-końca-znanych okolicznościach, zaś struś, którego zwichnięty staw skokowy składałam i zszywałam ponad tydzień temu, ma się świetnie, ale kość goleniowa po raz kolejny przebiła skórę, a cały staw to jedna wielka otwarta rana wypchana trocinami.

– Dr Susan, czy aby na pewno nic więcej się nie dzieje? Bo widzę, że jednak trochę się przez te trzy dni wydarzyło? – zapytałam po raz kolejny.

– No, tak naprawdę prawie nic się nie dzieje…

– Prawie? – podchwyciłam.

– Chyba że mogłabyś sprawdzić co z Bellą.

– A co się dzieje z Bellą? – bardzo lubię Bellę, więc sprawa zaczęła mieć charakter osobisty.

– Ma koci katar – oświadczyła Susan.

– Jak to? Przecież dziś rano mówiła mi doktor, że wszystkie nasze wielkie koty są szczepione.

– Bo są szczepione.

– To jak Bella może mieć koci katar?

– Ma – dr Susan równa się siła argumentu.

– Aha… a jakie ma objawy?

– Nie je.

– Coś jeszcze?

– Nie.

(Chaosie…)

– Mhm, a czym ją doktor leczy? – terapie dr Susan bywają śmiertelnie niebezpieczne i nie ma w nich nic zabawnego.

– Na razie witaminy…, ale nie działają.

– A od kiedy ona nie je?

– Od 5 dni.

– Wcześniej jakieś wymioty, może biegunka?

– Nie.

– Osowiałość, apatia?

– Nie.

– A kiedy miała ostatnią ruję?

– Nie wiem. Może dać jej antybiotyk, co?

Stanęło na tym, że zbadamy Bellę.

Badanie tygrysa w klatce ściskowej jest nieco głupawe i niekomfortowe, ale że usypialiśmy Bellę niecały miesiąc wcześniej do lewatywy i pobrania krwi, nie chciałam znów faszerować jej anestetykami.

Przy śmiechach dr Susan, że Bella znienawidzi mnie do końca życia, i obawach, czy wkładając do klatki tygrysa rękę z termometrem wyciągnę ją z kompletem palców, przeprowadziłyśmy toporne badanie ogólne. Dokładność osłuchiwania ryczącego, syczącego, wściekłego tygrysa pozostawia wiele do życzenia, ale temperaturę miała w normie.

Dostała cymetydynę, która w naszym zoo czyni cuda, więc następnego dnia cudownie zjadała 3 kg mięsa. Przez kolejne kilka dni apetyt tygrysicy dopisywał, dr Susan była szczęśliwa, opiekun nie miał żadnych zastrzeżeń i sprawa została uznana za zamkniętą. Po tygodniu wróciła.

Dr Prista zapytała nieśmiało, czy mogłabym jeszcze raz zbadać Bellę, bo znów nie je… i krwawi z pochwy.

– Od kiedy?

– Od dzisiaj.

Pół godziny później okazało się, że od 3 dni, ale opiekunowie milczeli, czekali i liczyli, że samo przejdzie. Obejrzeliśmy tygrysicę, ewidentnie obolałą i zmęczoną życiem. Zrobiliśmy USG.

Dzień wcześniej, w związku z niemal śmiertelnym zaniedbaniem longhornowego cielaka, przeprowadziliśmy dla opiekunów zwierząt kurs, jak wygląda opieka okołoporodowa nad końmi i przeżuwaczami. Bez większych nadziei, że coś zapamiętają. Raczej po to, żeby następnym razem móc się na nich drzeć z czystym sumieniem. Ku mojemu zdziwieniu, graniczącemu ze wzruszeniem – opiekunowie tygrysów potraktowali badanie USG jak egzamin praktyczny z przygotowania do odebrania porodu. Przygotowali wszystko: ciepłą wodę, wiadra, ręczniki, rękawice rektalne… pominęli tylko podścielenie Belli sianem.

Gdy tygrys zasnął, przystąpiliśmy do badania. Pobraliśmy krew. W tle nieustannie drążyłam temat rui, leczenia i życia seksualnego Belli. „Nie, nic nie dostawała. Ostatnim lekiem, jaki dostała, była lewatywa, którą TY robiłaś. Myślisz, że to przez to?!” i dalej „Nie, nie wiem, kiedy miała ostatnią ruję, opiekunowie nigdy tego nie wiedzą”. Wreszcie: „Nie, nie może być w ciąży”.

– A dlaczego?

– Bo miesiąc temu jej brat ją… no wiesz…, więc dałam jej wtedy zastrzyk antykoncepcyjny.

I wszystko jasne. Wszystko, poza wyjaśnieniem, jak tygrysicy można podawać lek gwarantujący niemal wystąpienie ropomacicza.

Badanie USG pokazało dramatyczną sytuację w macicy Belli. Zaledwie po kilkusekundowej radości z postawienia pewnej diagnozy myślałam, że się popłaczę. Bo co ja teraz zrobię? Przecież nie zoperuje tygrysa?! Nigdy nie operowałam tygrysa i słowa „to to samo co zwykły kot, tylko większy” wcale mnie nie przekonywały. Poza tym, czym? Nie mamy nawet odpowiednich narzędzi! Nie zoperujemy – Bella najprawdopodobniej umrze. Zoperuję – szanse, że mi się nie uda, są duże.

Przedyskutowaliśmy to najpoważniej w świecie, pomijając chwilowo kwestię palącej żądzy mordu na dr Susan, jednocześnie tłumacząc wszystkim, że własnoręczne zoperowanie Belli wydaje mi się ostatecznością. Stanęło na tym, że szefowa spróbuje ściągnąć do nas „bardzo znanego chirurga”, a ja w tym czasie spróbuję leczyć tygrysicę farmakologicznie. A przy okazji mam przestać powtarzać, żeby specjalista przyjechał jak najszybciej i że sprawa jest pilna, bo to już do nich dotarło.

Los i system indonezyjskich świąt świeckich i religijnych niezawodnie nam nie sprzyjał, więc następnego dnia znów był dzień wolny i dlatego ani Susan, ani żaden „bardzo znany chirurg” nie chciał nawet słyszeć o pracy. W przypadku dr Susan to nawet lepiej, bo jej pojawienie się na dyżurze mogłoby skutkować rękoczynami. Nie wysłała do analizy biochemicznej krwi Belli, uznała bowiem, że skoro sprawdzaliśmy ją miesiąc temu i było dobrze, to nie ma sensu badać jej znowu. Ostatecznie, co może zmienić w kocie kilka litrów ropy? Wysłała za to hematologię, po czym stwierdziła, że Bella ma się nieźle, a ja przesadzam. Ku mojemu zdziwieniu liczba leukocytów była tylko nieznacznie podwyższona.

W tym czasie skompletowaliśmy kryzysowy, lecz wystarczający zestaw narzędzi chirurgicznych, a śmiertelnie obrażona i bezsilnie wściekła tygrysica znosiła wyniośle zastrzyki i kroplówki, z konieczności podskórne. Wreszcie, po kilkugodzinnym uprzykrzaniu życia dr Susan wybitnie upierdliwymi SMS-ami, czy już dodzwoniła się do „bardzo znanego chirurga”, dostałam odpowiedź, że tak. Przyjedzie. Już jutro. O godzinie 15:00. Ekstra.

Chwilę później dr Dorty opowiedziała mi uprzejmie o wcześniejszej operacji przeprowadzanej przez „bardzo znanego chirurga”, zakończonej sukcesem, zepsutym jednak przez tygrysa, który zdechł, mimo profesjonalnej osteosyntezy wykonanej przy użyciu zardzewiałych gwoździ i młotka z warsztatu inżynierów.

To koniec. Nie zoperujemy Belli – umrze. Oni zoperują – też umrze. Ja zoperuję – pewnie też umrze. A może właśnie nie? Ostatecznie ja nie używam narzędzi wytartych o koszulę i nie wkładam w koci brzuch rękawiczek, którymi przed chwilą szukałam czegoś w kieszeniach. Chaosie, może zabiłam ją tym, że uparłam się na sprowadzenie do niej jakiegoś indonezyjskiego konowała?!

Już miałam zacząć siwieć, świrować albo odreagowywać na ludziach, gdy dr Prista wyćwierkała łagodnie, że ona „bardzo znanego chirurga” nie zna, bo studiowała gdzie indziej, ale on jest szefem katedry chirurgii na uniwersytecie w Surabaya (stolica wyspy Jawa, drugie co do wielkości miasto w Indonezji), ma duże doświadczenie i jest bardzo stary. I może skoro jest profesorem na uniwersytecie, to umie operować? Mieliśmy dużo pracy, więc pracowaliśmy. Dużo pracy działa terapeutycznie.

Gdzieś w tle dr Dorty oprowadzała po Batu przedstawicieli Cikananga Breeding and Rescue Centre, którzy nosili się z zamiarem włączenia naszego zoo do programu rozmnażania zagrożonych wyginięciem szpaków czarnoskrzydłych. Urodziła się sitatunga. Okulał osioł. Longhorn znów nie chciał jeść.

Wreszcie wybiła 15. Profesora nie było. Minęła 16:00, 16:30, 17:00, 17.30… 18:00.

Od ponad tygodnia, dzięki uroczemu longhornowi niejadkowi, pracowaliśmy z Tomkiem w trybie: pierwsze karmienie 6 rano, ostatnie karmienie północ (co zwykle oznaczało sondowanie), z dwoma kolejnymi karmieniami i masą innych pacjentów w tzw. międzyczasie. W efekcie zaczynałam wpadać w „tryb zombie”, co nie sprzyjało czekaniu. Nie mieliśmy jednak wyjścia. Razem z nami czekali Stephan i Torsten z Cikanangi. Torsten – przyszły student medycyny weterynaryjnej, podekscytowany. Stephan – cyniczny i złośliwy, chcący zakładać się o duże pieniądze, że moim brakiem doświadczenia nie zrobiłabym tygrysicy większej krzywdy, niż tutejsi fachowcy wyrządzą jej swoją indonezyjskością.

Wreszcie o godzinie 18.30 przyjechali. Było ich trzech plus dziewczyna do noszenia walizek. Asystentka, doktorantka, może studentka, kto wie? Nikt jej nie przedstawił. Przyjechali, przywitali się, pojechali pomodlić się i zjeść. Ramadan. Po zachodzie słońca wszyscy rzucają się na jedzenie. A modlitwa w tym wypadku może była nawet wskazana. Zapytaliśmy grzecznie, czy chcą coś wysterylizować. Oświadczyli, że nie.

Jedli długo. Na tyle długo, że z ciekawości sprawdziłam zawartość ich walizek, by odkryć, że nie mają rękawic chirurgicznych, mają za to narzędzia, czyste i lśniące, zawinięte w szmateczkę. Przez kolejną godzinę krążyłam po sali operacyjnej, starając się przekonać sama siebie, że będzie dobrze. Poza tym snuliśmy plan, który zakładał, że jeśli będą chcieli zoperować ją tymi narzędziami, to wywalimy ich z sali. Tomek i Torsten to wysokie, silne chłopaki, więc to był niezły plan. Stephan dodał od siebie, być może pocieszająco, że Bella jako tygrys sumatrzańsko-bengalski, dodatkowo krzywy, niski i garbaty, z punktu widzenia ochrony gatunku nie przedstawia sobą żadnej wartości, więc nie muszę się aż tak martwić. Jakoś mi to nie pomogło. Bella, moja księżniczka!

Doktory wróciły. Być może doznały w czasie modlitwy objawienia, gdyż postanowiły wysterylizować narzędzia. Dr Susan, Torsten i stado opiekunów pomaszerowali po pacjentkę. Doktory ubrały się w zielone operacyjne wdzianka. Założyły czepeczki. Założyły nasze rękawice chirurgiczne, a potem zaczęły zwiedzać salę, oglądać wziewkę, poprawiać włosy, stawiać pasjansa, poprawiać playlistę na komputerze i dłubać w zębach. Sterylnymi rękawiczkami. Gdzieś między rozpaczą a obłędem usiłowałam zebrać się w sobie i postanowić, że zoperuję tygrysicę i że zrobię to dobrze.

Tymczasem do akcji wkroczył Tomek, mój bohater. Zapytać, jak to możliwe, że profesor z uniwersytetu w Surabaya nie wie, co to aseptyka. Dyskusja była długa i odkrywcza. Profesorowie popisali się m.in. oryginalnymi spostrzeżeniami, że skoro podłoga w sali chirurgicznej nie jest jałowa, to ręce chirurga również nie muszą takie być, ponieważ bakterie i tak są wszędzie. Na szczęście dużo się z Tomaszem kłócimy, co jest swoistym ćwiczeniem „retoryki” (odwracania kota ogonem), więc Marchewka zmienił strategię.

– To w takim razie na indonezyjskim uniwersytecie nie uczy się studentów, jak zakładać i jak posługiwać się sterylnymi rękawiczkami? – zapytał. – Bo w Europie to absolutna podstawa.

– Oczywiście, że się uczy – obruszył się profesor.

– To dlaczego profesor tego nie stosuje w swojej praktyce?

– Oczywiście, że stosuję.

– To dlaczego nie stosuje pan tego u nas? Co to nasz tygrys gorszy?!

Profesory pogaworzyły, pomruczały i skapitulowały. Zdjęły rękawiczki i chciały już marnować następne, ale kazaliśmy im czekać, aż pacjent będzie gotowy do operacji. Obrazili się.

Pobiegliśmy poinformować dr Pristę i dr Susan o naszym sukcesie towarzyskim i ogólnej sytuacji oraz o planie wyrzucenia ich za drzwi, jeśli spróbują zabić naszego kota. Trzeba przyznać, że przyjęły to nad wyraz spokojnie.

Chwilę później na salę wniesiono półśpiącą Bellę. W półotwartej klatce. Chłopcy uznali, że wygodniej będzie im nieść mniejszą klatkę transportową. Umknęło im jednak, że w małej klatce nie zmieści się wielki, dorosły tygrys. Na dodatek nie spała, ale opiekunowie popisali się znajomością zasad BHP, zarzucili jej jakaś szmatkę na głowę i uznali, że już jest dobrze. Kiedyś ktoś zginie w tym zoo.

Założyliśmy wenflon. Podłączyliśmy Bellę pod wziewkę, wygoliliśmy. W tym czasie Tomek grzmiał, pokazując profesorom, jak się jałowo zakłada rękawiczki. Przeklinałby, ale Tomek nie przeklina.

Wreszcie zaczęło się. Stałam z bijącym sercem i alkoholem w ręku, żeby dezynfekować łapy, którymi profesorowie niewątpliwie podłubią zaraz w nosie. Profesory zestresowały się. I dobrze.

Macica była ogromna. Chirurdzy podwiązali tętnice jajnikowe, podebatowali, pomyśleli i zapytali, czy zgadzamy się na ewakuowanie zawartości macicy, bo inaczej nie dadzą rady jej w żaden bezpieczny sposób zszyć i usunąć. Oczami wyobraźni widziałam już całą ropę, krew i syf wlewający się do jamy otrzewnej. Obłożyliśmy okolicę chłonnymi polami operacyjnymi. Profesory obiecały otworzyć róg macicy…, po czym przecięły w trzonie.

Na stół wylała się gęsta, sinobrązowa maź, a z nią dwa na wpół zgniłe kocięta. Tygrysiątka ograniczone do strzępów skóry i czaszki. Pojedyncze kości pływały luzem. Widok był upiorny.

Zmieniliśmy pola operacyjne, profesory zmieniły rękawiczki, niespecjalnie rozumiejąc, dlaczego mają to robić, i zaczęły szyć, jeżdżąc nićmi po rozprutej, zionącej resztkami ropy macicy. Załatwili w ten sposób trzy świeże nici. Przy czwartej stało się jasne, że jeśli każę im wyrzucić jeszcze kilka, nie będzie czym pozszywać Belli.

Zanim zabrali się do zszywania powłok brzusznych, wypłukali nieco jamę otrzewną. Układałam w myślach wszystkie informacje na temat leczenia zapalenia otrzewnej i patrzyłam, załamana i coraz bardziej zmęczona. A profesory szyły. Pomijając fakt, że szyły paskudnie brudno – szyły ładnie.

Skończyli. Operacja trwała 2,5 godziny. Odwiązaliśmy tygrysicę od stołu. W całej beznadziei tej operacji trzeba było przyznać, że spała bardzo ładnie (nie mamy dużego wyboru w zakresie leków anestezjologicznych, więc z konieczności do premedykacji podano ketaminę z ksylazyną, a do indukcji ketaminę z diazepamem). Pojawił się kolejny problem. Kiedy mam wyciągnąć rurkę intubacyjną? Gdy zacznie odkasływać i przełykać… jasne. Wybudzający się, obolały tygrys poza klatką. Stałam przy Belli, głaskałam jej wielki piękny łeb i usiłowałam wydedukować, kiedy mam tą cholerną rurkę wyciągnąć.

Ostatecznie obyło się bez ofiar. Zapakowaliśmy Bellę do zbyt małej klatki, odnieśliśmy do jej sypialni, dwóch opiekunów zostało na warcie. Profesory pojechały. Doktory uciekły do domu. Tomek zbierał listę zamówień na drinki. Ja sprzątałam cuchnącą ropą salę operacyjną i rozmawiałam ze Stephanem o indonezyjskości i Cikanandze, szczęśliwa z propozycji, że jeśli już Batu Secret ZOO doprowadzi mnie na skraj szaleństwa lub depresji, tam przyjmą mnie z otwartymi ramionami, a nawet pokojem, wyżywieniem i kieszonkowym.

– Naprawdę, Ania, potrzebujemy tam weterynarzy, zwłaszcza doświadczonych, możesz do nas przyjeżdżać w każdej chwili.

– Wiesz, akurat doświadczonym weterynarzem to ja nie jestem.

– Oj tam, przecież widzę, że pracowałaś wcześniej w zawodzie. Nawet powiem ci, że sporo z małymi kotami!

– A skąd wiesz, że dużo z kotami?

– Bo jak długo pracuję z dużymi kotami, nigdy, NIGDY nie widziałem, żeby ktoś wpadł na pomysł wywiązywania tygrysa do operacji gazowymi bandażami.

Nie zakładałam, że mój pacjent obudzi się w czasie operacji. Bardziej bałam się, że nie obudzi się wcale.

O pierwszej w nocy poszliśmy obejrzeć pacjentkę i zwolnić opiekunów do domu. Bella półleżała, wodząc po klatce szeroko otwartymi oczami naćpanej koteczki. O 8 rano leżała, grzejąc się w plamie słońca wpadającego przez wąskie, zakratowane wyjście. Obserwowała wybieg. Przywitałam się z nią grzecznie i usiadłam przy ścianie klatki. Z jakiś powodów zawsze mówię do niej po angielsku, mając irracjonalną nadzieję, że wtedy więcej rozumie.

Bella odwróciła się i długo wpatrywała we mnie swoimi przepięknymi oczami. Po czym dźwignęła się ostrożnie i powoli podeszła w moją stronę. Usiadła tuż obok. Obwąchała moją rękę. Dała się pogłaskać po nosie. Przez jakiś czas siedziałyśmy tak, wąchając się, głaszcząc i obserwując, aż Bella uznała, że dosyć tych bzdur. Wstała. Przez ostatnie dni chodziła jak babuleńka, drobnymi kroczkami, tylne łapki tuż obok siebie, cierpiąca i obolała. Tym razem po kilku kroczkach kociej gejszy uznała, że jest lepiej. Przyspieszyła, wydłużyła krok. Przespacerowała się tam i z powrotem. Nocna klatka nie jest duża, ewidentnie jednak było widać, że Bella czuje różnicę i jest jej lepiej. Po kilku rundach zatrzymała się pod swoją „półką sypialną” i przymierzyła do skoku…, po czym pokręciła zdegustowana głową i uznała, że jeszcze nie tym razem. Oparła za to przednie łapy o wysokie, betonowe poidło i wyginając grzbiet, zaczęła rozciągać mięśnie łap i brzucha. Po kilku powtórzeniach oparła o poidło tylne łapy i zrobiła kilka skłonów. Moja kochana!

Postanowiłam, że nie będę już myśleć o żadnym zapaleniu otrzewnej. Stało się, zoperowali. Podaję jej płyny, antybiotyki (amoksycylinę z marbocylem – niewiarygodne, ale prawdziwe, nie mamy tu amoksycyliny z kwasem klawulonowym w iniekcji) i leki przeciwbólowe. Obserwuję. Koniec. Nic więcej nie zmienię. Nie ma co świrować. Trzy dni. Odczekać trzy dni i jeśli dalej będzie dobrze – zacząć świętować.

Wieczorem przyszłam ją nakarmić. Niech dziewczyna wie, że potrafię coś więcej, niż dźgać ją igłami. Karmiłam ją z ręki, żeby nie zeżarła za szybko zbyt dużo. Różnie to z kotami bywa, zwłaszcza jeśli mają prawo być bardzo głodne. Bella delikatnie i kulturalnie pożarła 1,5 kg kangurzyny. Kolejne pół kilograma pochłonęła nocą.

Kolejnego dnia czuła się dobrze. Zjadła 3 kilogramy jedzenia. Kroplówki znosiła z zaskakującym spokojem.

Trzeciego dnia czuła się dobrze. Dr Prista kicała po korytarzu, piszcząc radośnie, że Bella przeżyje. Dr Susan też się cieszyła. Ja czekałam do późnego wieczora na jakiś „nagły obrót sytuacji” i gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia. A nuż o godzinie 23, równo 3 doby po zakończeniu operacji, Bella nagle wypije 10 litrów wody, dostanie wysokiej gorączki i umrze? Nie jest dobrze zbyt mocno kochać swoich pacjentów. Bella nie umarła.

Piątego dnia pierwszy raz wypuściliśmy ją na wybieg. Zagonienie jej na noc do klatki zajęło niemal godzinę. Antybiotykoterapia trwała 10 dni. Wraz z ostatnim zastrzykiem życie Belli wróciło do normy. Przechadza się dumnie po wybiegu, wygrzewa na słońcu, walczy z bambusami i okazjonalnie kłóci się z braćmi. Leżąc kosmatym brzuchem do góry i obserwując leniwie turystów, być może nie pamięta nawet, że kiedyś była chora.

Autor:
lek. wet. Anna Bunikowska

Przejdź do następnej strony

Nasi klienci