ZNAJDŹ WETERYNARZA

niedziela, 17 Grudzień 2017 Wersja beta
Zobacz:
stomatologianews

Nie chodzi o pogoń za „funem”

wywiad 1.1Z lek. wet. Anną Bunikowską z Ogrodu Zoologicznego w Łodzi, podróżniczką oraz autorką cyklu artykułów o tematyce weterynaryjno-podróżniczej dla „Weterynarii”, a także bloga Weterynarz bez granic, rozmawia Michał Chojnacki.

Ostatnie kilka lat spędziłaś daleko stąd: Azja, Australia, Nowa Zelandia. Skąd wzięło się to całe podróżowanie?

To zabrzmi strasznie banalnie, ale naprawdę od zawsze chciałam podróżować. Mój tata jest marynarzem, więc temat wyjazdów i egzotycznych krajów zawsze był w domu obecny. Mama pokazywała mi na mapie, gdzie tata teraz pływa, on przysyłał pocztówki z najróżniejszych portów, a ja usiłowałam zapamiętać, gdzie jest Bombaj, a gdzie Bangkok i skojarzyć wszystkie kolorowe obrazki z kartek z konkretnymi miejscami na globusie. Przy okazji wyobrażałam sobie, że kiedyś sama tam pojadę. Poza tym w dzieciństwie sporo wyjeżdżałam z rodzicami. Po pierwszym roku studiów pojechałam sama autostopem w Bieszczady i chyba tam się wszystko zaczęło. To były fantastyczne wakacje. Dodatkowo udowodniłam sobie, że samej i „na stopa” nie jest tak strasznie, a w zasadzie jest bardzo fajnie. W kolejne wakacje, już z kolegą, dojechaliśmy autostopem aż na Nordcapp i totalnie zakochałam się w tym sposobie podróżowania. Każde następne wakacje to był kolejny wyjazd dalej i dalej, i utwierdzanie się w przekonaniu, że jeśli ma się czas, to naprawdę nie trzeba mieć dużej kasy, żeby podróżować, a po drugie, że naprawdę chcę pojechać w świat bezterminowo i zobaczyć, jak to jest żyć w podróży, w drodze. Bo wtedy to już nie jest wyjazd czy wakacje, tylko styl życia, i bardzo chcę go poznać, bo to może być TO.

Był strach, niepewność? Jak wyglądały przygotowania?

Niepozornie. Tak naprawdę ograniczyły się do kupienia biletu – tu zadziałał filtr „tani i daleko”, „najlepiej do Azji Południowo-Wschodniej, bo tam ciepło, tanio, a nigdy nie byliśmy”. Bangkok spełniał oba kryteria, więc stanęło na locie do Tajlandii. Poza tym zaszczepiliśmy się „na wszystko”. Załatwiłam nam weterynaryjny wolontariat w Lanta Animal Welfare. I tyle.

Od trzeciego roku studiów zawsze podróżowałam razem z Tomkiem, moim ówczesnym partnerem, więc przez te wszystkie lata stopniowo skompletowaliśmy cały wyjazdowy sprzęt (buty, plecaki, namiot, aparat), wobec czego przed tym wyjazdem ograniczyliśmy się do kupienia palnika wielopaliwowego. Zwykle gotujemy sobie w podróży, w takich krajach jak Indonezja, gdzie można zjeść wielki obiad za dolara, to bez sensu, ale już w Nowej Zelandii czy Australii to gigantyczne oszczędności. Poza tym trochę udawaliśmy, że przygotowujemy się kondycyjnie, ale wątpię, czy spacery nad Wisłą z ciężkimi plecakami cokolwiek nam dały.

I tak – bardzo się bałam. Gdyby nie Tomek, pewnie nie odważyłabym się wyjechać. Niby zawsze o tej podróży marzyłam i niby byłam przekonana, że to najlepszy czas, żeby spróbować, ale miałam też przyjemną pracę, wielką pasję – tango, całe nowe, satysfakcjonujące mnie życie w Warszawie, więc nie byłam pewna, czy chcę to wszystko porzucać. Poza tym bałam się, że po powrocie nie będę mogła znaleźć pracy, złamię sobie „karierę”, jakkolwiek mizerna by nie była, i skończę jako bezdomna i bezrobotna.

Co zdecydowało o wyborze konkretnych miejsc, kierunku podróżowania?

Przypadek. Autostop jest nieprzewidywalnym sposobem podróżowania. Można i warto mieć jakieś cele, ale nigdy nie przewidzi się: czy, kiedy, jak i z jakimi przygodami po drodze dotrze się na miejsce. Trzeba więc być elastycznym i otwartym.

O wyborze Tajlandii zdecydowały tanie bilety do Bangkoku oraz fakt, że mój dobry kolega Grzegorz Pełka kilka miesięcy wcześniej sam był wolontariuszem na Lancie i bardzo sobie to doświadczenie chwalił. To on zaoferował, że może nas polecić oraz wspomóc radą, ja uznałam, że to będzie taki spokojny, szklarniowy start – już przetartym szlakiem, na dobry początek. I polecieliśmy do Tajlandii.

Jeśli chodzi o zwiedzanie poszczególnych krajów, to również staram się nie planować zbyt wiele. Zwykle moje przygotowania zaczynają się i kończą na przejrzeniu albumów ze zdjęciami, internetu, przewodników i wypisaniu miejsc, które wydają się być interesujące. Potem wybieram z listy kilka, które koniecznie chcę zobaczyć, choćbym miała umierać z nudów, koczując na poboczu, czekając na okazję (zwykle nie ma takich dramatów). Resztę traktuję jako „jeśli się uda, to fajnie, jeśli nie, to trudno”. Tak naprawdę zwykle dzięki „autostopowaniu” widzieliśmy znacznie więcej, niż byśmy sobie wymarzyli, bo kierowcy bardzo często sami zabierają nas w ciekawe miejsca, niekoniecznie opisane w przewodnikach. Chcą pokazać, jaki ich kraj jest piękny.

W przypadku tej wyprawy myślałam, że z Tajlandii pojedziemy na północ: przez Laos, Wietnam, Kambodżę do Chin, a potem może Nepal, który bardzo chciałabym zobaczyć. I może Indie, które chciał zobaczyć Tomek. Może Birma? Nigdy, nawet w najśmielszych snach nie sądziłam, że polecę do Nowej Zelandii. A tym bardziej, że spędzę tam pół roku, zwiedzając ją własnym samochodem. Tak się jednak fantastycznie ułożyło, że dość przypadkowo polecieliśmy do Australii. Trzeba było sobie jakoś tam poradzić, więc objechaliśmy ją dookoła. Tego też nie planowaliśmy.

Co było największym wyzwaniem już w trasie?

Wytrzymywanie ze sobą 24 h na dobę. Życie non stop razem to prawdziwy wyczynowy sport ekstremalny.

W swoich artykułach często pokazujesz ciemną stronę bardzo pięknych, „pocztówkowych” miejsc. Czy rzeczywiście jest tam tak źle?

To nie tak, że są „tak złe” i straszne. Myślę, że tak naprawdę niewiele jest na świecie rzeczy kategorycznie czarnych albo białych. Po prostu mierżą mnie tanie zachwyty i powierzchowne oceny, czyli palma + plaża + słońce = raj na ziemi. To nieprawda. Oczywiście wszystko zależy od naszego nastawienia i sposobu patrzenia na świat. Raj na ziemi można zobaczyć wszędzie – nad polskim morzem, bo plaża taka piękna, w australijskim buszu – bo tyle przestrzeni, w wysokich górach – bo pasja, adrenalina i widoki, na Bali – bo ciepło i palmy czy u babci na wsi – bo cisza, spokój, zielono, bezpiecznie i odżywają wszystkie wspomnienia z dzieciństwa. I będąc u tej babci na wsi, też można się koncentrować na tym, że kwiatki w ogrodzie, ptaszki śpiewają, domowe ciasto pachnie i jest super, a można się przejść za płot i zobaczyć, że dookoła rośnie bezrobocie, bieda, rozpacz i alkoholizm. I obie te perspektywy będą w jakiś sposób oddawać prawdę o tym miejscu.

wywiad 3.6

Tak samo jest z rajskimi wyspami. Można widzieć śliczną plażę, urokliwe miasteczka turystyczne i delektować się owocami morza w eleganckich i śmiesznie tanich restauracjach. Można też mieć świadomość, że te plaże powstały po wycięciu lasów namorzynowych, zaułki urokliwych miasteczek toną w śmiechach, a kucharz z tej cudnej restauracji lubi od czasu do czasu oblać bezpańskiego psa wrzącym olejem. To bywa ciemną stroną tropikalnych rajów.

Oczywiście, jadąc na wakacje, ludzie chcą się zrelaksować i odpocząć. Widzieć tylko te śliczne fasady. I doskonale to rozumiem. To jest dla mnie główna różnica między wyjazdem na wakacje a podróżowaniem. Mnie w podróżowaniu nie chodzi o pogoń za „funem”, ale takie prywatne poznawanie i odkrywanie świata dla siebie, a że patrzę na niego dość krytycznie (przynajmniej jeśli chodzi o ludzkie wynalazki i modyfikacje), to takie są moje spostrzeżenia i artykuły.

Co więc było „kwitnącymi kwiatkami, a co rosnącym bezrobociem” w krajach, które odwiedziłaś?

W Tajlandii zachwycały widoki, przyroda, parki narodowe i ich infrastruktura. Zwiedza się naprawdę wygodnie i ciekawie. Na plus także kuchnia i drogi. Jednak sam Bangkok to chyba najbrzydsze i najbardziej cuchnące miasto, w jakim kiedykolwiek byłam. Poza tym początkowo mieliśmy pewien problem z przyzwyczajeniem się do lokalnych obyczajów. Tajowie są na ogół bardzo mili, uprzejmi i pomocni, potrafią jednak być równie miło i uprzejmie fałszywi – co wychodziło zwłaszcza podczas wolontariatu w Lanta Animal Centre. Poza tym nie potrafią przyznać się do niewiedzy. Dlatego pytanie kogoś o drogę może skończyć się dla nas niekończącym się błądzeniem.

W Malezji „na plus” były Cameron Highlands i pierwsze tropikalne lasy wysokogórskie, po których dane było mi chodzić. Absolutnie zachwycające szlaki, choć herbacianym polom również nie można odmówić uroku. Do tego chińska mniejszość narodowa. Spotkaliśmy bardzo wielu niesamowicie gościnnych, pomocnych, otwartych, inteligentnych i ciekawych świata Chińczyków. George Town i Kuala Lumpur – dwa totalnie różne, ale bardzo interesujące miasta. Kuchnia – pikantna, często szokująca mieszanka wpływów trzech wielkich kultur. A fakt, że angielski jest drugim językiem narodowym, niezwykle ułatwia życie. Z drugiej strony, jeździłam tylko po półwyspie malajskim, gdzie stopień zdewastowania przyrody jest przerażający. Ta część Malezji to na dobrą sprawę tylko ciągnące się w nieskończoność plantacje palm olejowych i drzew kauczukowych. Ekologiczna pustynia.

W Nowej Zelandii były „widoki”. Zwłaszcza na Wyspie Południowej. Fantastyczne szlaki trekkingowe, możliwość obserwowania pingwinów i albatrosów. Ludzie, z którymi tygodniami dzieliliśmy Kalinkę (nasz samochód), koszty paliwa i wspólną podróż. A jednak właśnie Nowa Zelandia była dla mnie największym zawodem tego wyjazdu, może dlatego, że od lat o niej marzyłam i wiele oczekiwałam. Miałam nadzieję na jakieś zachwycające tereny dzikiej, pierwotnej przyrody. W rzeczywistości Północna Wyspa to niemal w całości teren rolniczy. Bardzo estetyczny, ale wciąż rolniczy. Nie zostało nic z dzikich ekosystemów (może oprócz okolic jeziora Waikaremoana i Tongariro National Park). Południowa Wyspa trochę ratuje sytuację, ale naprawdę byłam zszokowana tym, ile i jak szybko można zniszczyć. Poza tym – i tu zabrnę w szerzenie stereotypów – „kiwi” naprawdę nie są wybitnie inteligentną nacją.

Jeśli chodzi o Indonezję, to byłam tylko na Jawie, więc moje wrażenia dotyczą tylko tej wyspy, dodatkowo praktycznie cały czas spędziłam w zoo, więc choć jest to kraj, w którym mieszkałam najdłużej, paradoksalnie zwiedziłam go najgorzej. Z jednej strony mili, życzliwi, bardzo pogodni i pozytywni ludzie. I Mt Bromo – bardzo piękny wulkan. Z drugiej, bród, smród i dramatyczne przeludnienie.

A jak to wyglądało w Australii?

Jestem w niej zakochana, na plus jest niemal wszystko. Przestrzeń, klimat, widoki, przyroda, zwierzęta, ludzie, niewiarygodnie czyste powietrze, niesamowicie gwieździste niebo nocą w outbacku, gdzie zanieczyszczenie światłem praktycznie nie istnieje. Ominęłam wszystkie surferskie kurorty wschodniego wybrzeża, bo nie interesują mnie te klimaty, tym samym nie mogę nic powiedzieć o rzekomych „zadufanych w sobie, szastajacych kasą, surferskich ignorantach, którzy nie wiedzą, czy Europa to kraj, czy państwo i gdzie to się w ogóle znajduje”. Nie spotkałam takich ludzi.

Australia oczywiście ma swoje poważne problemy, jak kwestia koegzystencji „białych” i Aborygenów. I tu nie ma się co czarować – wręcz karykaturalny rasizm rządzi po obu stronach barykady. Także gospodarczy boom kopalniany kiedyś się skończy, już powoli zaczynają się pierwsze niepokoje społeczne, są dość duże tarcia między farmerami z outbacku i „eko-vege-zielonymi” mieszkańcami miast, którzy potrafią przeforsować w rządzie przepisy dotkliwie uderzające w rolników. Ochrona przyrody nastręcza wielu problemów – niszczenie buszu przez nadmierny wypas bydła i owiec, wybijanie rodzimych gatunków przez zawleczone drapieżniki… Oczywiście żadna z tych kwestii mnie bezpośrednio nie dotyczyła. Australia nie jest rajem, ale ja zapamiętałam ją jako bogaty kraj rozsądnych, zaradnych, przyjaznych i pomocnych ludzi, którzy żyją godnie i wygodnie. I mają czas oraz możliwości na realizowanie swojego hobby.

Co zaskoczyło cię najbardziej?

Długość trwania tej podróży i ogólna łatwość radzenia sobie zagranicą. Planując ten wyjazd, zakładałam, że funduszy starczy nam maksymalnie na siedem miesięcy oszczędnego życia w Azji, na pewno nie na dwa lata wyjazdu, w tym rocznego pobytu w Nowej Zelandii i Australii. Poza tym, wróciłam, bo dostałam ciekawą pracę w Polsce, a nie dlatego że musiałam. Można by więc było włóczyć się dalej.

Czego najbardziej brakuje po powrocie do kraju?

Trochę brakuje mi podróżowania jako takiego – ciągłej wielkiej niewiadomej co się dziś wydarzy, gdzie dojadę, co ciekawego zobaczę, gdzie będę spała, gdzie się obudzę, kogo spotkam po drodze. I już trochę mnie ciągnie, żeby gdzieś, chociaż na krótko, wyjechać. Ogólnie jednak nie porównuję swojego obecnego życia z tym z czasów podróżowania. To były dwa totalnie różne rozdziały, każdy dawał inne możliwości i miał inne ograniczenia. Dlatego cieszę się tym, co przeżyłam, i tym, co mam teraz. Nie staram się doszukiwać żadnych „braków”. Poza tym naprawdę nie mogę narzekać, bo po powrocie wszystko fajnie się ułożyło.

Co możesz powiedzieć tym wszystkim, którzy myślą o wyjeździe do Azji zaraz po studiach i chcieliby pracować tam jako weterynarze?

Myślę, że jeśli ktoś chce wyjechać i spróbować swoich sił zagranicą, to zdecydowanie powinien to zrobić. Zwłaszcza jeśli jest młody i ma niewiele do stracenia. Czy mu się tam spodoba i „uda” – tego niesposób przewidzieć, ale ogólnie uważam, że jeśli się czegoś chce, to trzeba przynajmniej spróbować. Z drugiej strony, nie jestem pewna, czy wyjazd zaraz po studiach jest najlepszym pomysłem. Ja wyjechałam po 2 latach pracy w lecznicach w Warszawie i myślę, że warto przed wyjazdem zadbać o zdobycie jakiegoś doświadczenia zawodowego. Raz, że sami będziemy czuć się pewniej, dwa – łatwiej będzie znaleźć coś zagranicą, trzy – prawdopodobnie łatwiej będzie znaleźć kolejną pracę po powrocie, niż posługując się tylko dyplomem i zdjęciami z Azji, bez żadnego stażu czy samodzielnej praktyki w CV. Takie podejście wydaje mi się rozsądniejsze.

Tak naprawdę niewiele z azjatyckiego bogactwa kultur poznałam, ale decydując między Tajlandią, Malezją i Indonezją, wybrałabym Malezję, bo tam większość ludności mówi po angielsku, przynajmniej na poziomie podstawowym, a to ogromnie ułatwia życie i pracę. Jeśli jednak stawiamy na przygodę i wyzwania, to Tajlandia jest prześlicznym krajem, a Indonezja dzikim miksem kultur i absurdów z tysiąca wysp.

Na pewno łatwiej byłoby zaczynać praktykę w organizacji pomocy dla zwierząt założonej, nadzorowanej czy kierowanej przez Europejczyków, Amerykanów lub Australijczyków. Raz, że daje to nadzieję na „cywilizowane” standardy usług, a dwa, że jest spora szansa spotkać tam innych wolontariuszy z ogólnie rozumianego Zachodu i ktoś trochę wprowadzi nas w miejscowe realia, lokalny savoir vivre i zasady koegzystencji z tubylcami. Ewentualnie poklepie nas ze zrozumieniem po plecach, gdy będziemy przeżywać pierwsze wielkie załamanie nerwowe. Oczywiście można się przyjaźnić i prowadzić ciekawe rozmowy z Tajami, Malezyjczykami i Jawajczykami, ale nikt nie zrozumie Europejczyka w Azji tak jak drugi Europejczyk w Azji. I to potrafi bardzo pomóc. Miewa się w tropikach chwile miażdżącego zwątpienia.

Na co uważać, o czym pamiętać?

Pamiętać należy o wielu rzeczach, ale do najważniejszych zaliczyłabym szacunek do wiary i kultury tubylców. Możemy być ateistami, feministkami, katolikami, wyznawcami spaghetti, ale to nasza prywatna sprawa, w ich kraju musimy respektować ich zwyczaje. Nie tylko dlatego, że to pewien wymóg wynikający z dobrego wychowania. Jeśli zrazimy ich do naszej osoby i nie będą nas lubić, naprawdę zamienią naszą pracę w katorgę. Po drugie, ostrożność w kontaktach międzyludzkich. Rasizm jest potęgą. Nie ma co uogólniać, ale wielu Azjatów pod maską przemiłych, uczynnych znajomych jest zawziętymi rasistami. W Azji jesteśmy obcy i inni. Nawet jeśli coś tam umiemy, czegoś tam można się od nas nauczyć i niby jesteśmy pomocni, a na pewno fajnie jest wrzucić sobie na Facebooka „sweet focie” z nami, cały czas jesteśmy i raczej będziemy obcy. Trzeba uważać, co i komu się mówi. Nie oczekiwać zbyt wiele. I nie dziwić albo załamywać, jeśli nasz lokalny przyjaciel wywinie nam numer z kategorii „nóż w plecy”. Trzecia sprawa – zaszczepić się na wściekliznę i nie pić wody z kranu.

Jak skutecznie powalczyć o staż czy wolontariat? O co mogą pytać osoby, które decydują o przyjęciu stażystów?

Chyba nie ma w tym wielkiej filozofii, trzeba po prostu wyszukać w sieci interesujące nas oferty, zgłosić się i czekać na odpowiedź. Jeśli interesująca nas placówka rutynowo nie przyjmuje stażystów czy wolontariuszy, zawsze można spróbować swojego szczęścia i mimo wszystko wysłać CV z listem motywacyjnym oraz uprzejmym pytaniem, czy może jednak byliby skłonni przyjąć nas na staż. Tak było w przypadku mojego pobytu w Kimberley Rescue Centre w Australii.

Pomijając wyrocznię Google, czasami warto przejrzeć na Facebooku wpisy na grupach „Vets who like to travel!” (to dzięki tej grupie trafiłam do Batu Secret ZOO), Wildlife Vet Students itp. Nawet jeśli nie znajdziemy tam bezpośrednich ofert dla wolontariuszy, można zapytać członków grupy, czy wiedzą coś o niezbyt nagłaśnianych możliwościach w interesującym nas regionie.

Należy zwrócić uwagę na to, czy organizatorzy życzą sobie dodatkowych opłat za wolontariat. Osobiście uważam to za absurd, ale w Azji i Afryce płacenie za możliwość poopiekowania się starym słoniem, osieroconym orangutaniątkiem czy lwiątkiem to prężnie rozwijająca się gałąź turystyki.

Do najczęstszych pytań stawianych przyszłym wolontariuszom należą te o znajomość języków obcych (jakie i na jakim poziomie), doświadczenie weterynaryjne (internistyczne, chirurgiczne), szczepienia, głównie przeciw wściekliźnie (zwykle są wymagane i trzeba o nie zadbać we własnym zakresie), i ubezpieczenie (zawsze organizowałam je we własnym zakresie).

wywiad 5.3

Jakie umiejętności, doświadczenie jest tam najbardziej potrzebne, cenione? Jakie języki?

Zdecydowanie najwięcej drzwi otworzy nam umiejętność sterylizowania i kastrowania psów oraz kotów, a także podstawowa wiedza internistyczna. Bezpańskie psy i koty są ogromnym problemem w Azji Południowo-Wschodniej. W krajach muzułmańskich tylko bezpańskie koty, bo kwestię psów załatwia się tam inaczej. Jest sporo organizacji, bardzo często prowadzonych przez Europejczyków lub Amerykanów, które starają się ograniczać liczbę urodzeń bezpańskich zwierząt. Jeśli jeszcze nie czujemy się pewnie za stołem operacyjnym, to wolontariat w takim miejscu zwykle daje szansę na szybką i intensywną naukę. Jeżeli chodzi o problemy internistyczne, to na podstawie moich doświadczeń z Lanta Animal Welfare w czołówce umieściłabym wirusowe choroby zakaźne, pasożyty krwi, grzybice i pasożyty skóry. W dalszej kolejności wypadki komunikacyjne, zatrucia i ofiary przemocy – pocięcia, poparzenia, podtopienia i inne okaleczenia.

Niestety, żeby dobrze porozumiewać się z ludnością lokalną, należałoby nauczyć się ich języka. Zdecydowanie polecałam opanowanie choć podstawowych zwrotów i najbardziej potrzebnych wyrazów. W najgorszym wypadku rozbawimy rozmówcę i ośmielimy, żeby popróbował swoich sił w angielskim. Sama posługiwałam się wszędzie angielskim i jakoś sobie radziłam (w LAW z tłumaczem), choć trochę mi było wstyd, że np. mój indonezyjski nigdy nie wyszedł poza poziom bardzo podstawowy.

Jak wyglądają warunki staży czy wolontariatów w tych miejscach, gdzie byłaś?

O wynagrodzeniu praktycznie nigdy nie było mowy, zgodnie z definicją wolontariatu. Jeśli chodzi o „staże”, to również nie oczekiwałam, aby właściciel prywatnej lecznicy w obcym kraju był zainteresowany płaceniem mi za zdobywanie nowych wiadomości i umiejętności. Jeśli chodzi o warunki w poszczególnych miejscach, to w Tajlandii zagwarantowano mi zakwaterowanie kilkadziesiąt metrów od plaży oraz dzień nauki w szkole tajskiego gotowania (śmiech). W Australii wszystko musiałam zorganizować we własnym zakresie, na szczęście udało mi się znaleźć wspaniałego gospodarza na couchsurfingu, więc przez miesiąc mieszkałam u pana Richarda. W Indonezji miałam zagwarantowane zakwaterowanie, służbowy skuter i częściowe wyżywienie.

Jak po takiej wyprawie wrócić do polskiej codzienności i pracy w zwyczajnym ogrodzie zoologicznym?

Nigdy wcześniej nie mieszkałam w Łodzi i kompletnie nie znałam tego miasta, więc przez jakiś czas dalej czułam się jak turystka w obcym miejscu, wiecznie niemogąca wyjść ze zdziwienia, że rozumiem, co mówią do siebie ludzie na ulicach. Poza tym, pomijając Batu, nigdy wcześniej nie pracowałam w ogrodzie zoologicznym, więc w tym również nie było dla mnie żadnej zwyczajności. Może nawet „zwyczajne zoo” to kolejny oksymoron. Był spory stres i wielka chęć, żeby sobie poradzić.

Gdzie jeszcze chciałabyś pojechać jako weterynarz?

W Iranie jest klinika weterynaryjna bardzo zaangażowana w ratowanie lampartów perskich. Poważnie zastanawiałam się, czy po zakończeniu praktyki w Batu nie starać się o staż lub wolontariat właśnie tam. W ogóle bardzo interesują mnie losy azjatyckiej populacji gepardów i lampartów z tamtego rejonu świata. Wspaniale byłoby też pojechać na staż do zoo w Singapurze, które uważam za zachwycające. Przede wszystkim jest jednak bardzo wiele krajów, do których chciałabym pojechać niekoniecznie jako weterynarz, ale zwyczajnie – z aparatem i lornetką. Teraz, skoro już udało się z Australią i Nową Zelandią, moim największym marzeniem jest pojeździć po Ameryce Południowej, głównie Argentynie, Chile, Peru, Ekwadorze. Chciałabym też pozwiedzać Nepal, Mongolię, Islandię, Maroko. Afryka trochę mnie przeraża, ale kto nie chciałby pojechać do Afryki? I Sokotra – niesamowita wyspa.


Fotografie:
Tomasz Marchewka

 

Przejdź do następnej strony

Nasi klienci