ZNAJDŹ WETERYNARZA

piątek, 21 Lipiec 2017 Wersja beta
Patronat:
6media

Małpka do towarzystwa

01 (3)

Gdy studiowałam, prowadzone przez jeden semestr wykłady dotyczące chorób zwierząt egzotycznych traktowały w głównej mierze o przypadłościach królików i gryzoni, a moi niezwiązani z branżą znajomi i przyjaciele pełnymi politowania uśmiechami kwitowali informacje, że lekarz egzotycznych zwierząt towarzyszących zajmuje się (pomijając węże, legwany i kanarki) szczurami, chomikami i koszatniczkami. Egzotyka była w zoo i egzotycznych krajach. Na safari w Afryce. W domach pogodnej starości dla tajskich słoni. Nie w miejskich lecznicach.

Studia ukończyłam w 2011 roku. Dawno? Niedawno? W czasach, gdy po stołecznych salonach krążył artysta z serwalem, nieodmiennie dużo większą sensację wzbudzając długonogim kotem na smyczy niż swoją niepozorną osobą. Żółwie czerwonolice coraz liczniej wypełzały na brzegi swych nowych, przestronnych „terrariów” w postaci stawów i jeziorek warszawskich parków oraz zarośli. Żółwie greckie wegetowały pod kaloryferami, ze stoickim spokojem przeżuwając sałatę, okazjonalnie wyskakując z balkonów w ostatnim akcie desperacji ofiar chowu podłogowego. Legwany rosły nieubłaganie, zmieniając się niespodziewanie ze słodkich zielonych jaszczureczek w zdeformowane chorobą metaboliczną kości jaszczury. Króliki miały krzywe zęby i biegunki. Świnki morskie pododermatitis i szkorbut. Koszatniczki zaćmę. Jednym z bardziej egzotycznych gatunków ssaków były afrykańskie jeże. Nie wiedzieć czemu, nie chciały jeść jabłek.

Ile mogło się zmienić przez 4 lata? Pierwszym szokiem po powrocie do kraju było dla mnie wyznanie kolegi, że chce sobie kupić coatimundi. Z całym szacunkiem dla Grzegorza i zrozumienia faktu, że w społeczeństwie rozwiniętym nie mamy obowiązku znać się na wszystkim, nie przypuszczałam nawet, że dotychczas obojętny na uroki bioróżnorodności tego świata programista komputerowy zdaje sobie sprawę z istnienia takiego gatunku. Co więcej, chce sobie takie akrobatyczne kuriozum sprawić. Próbowałam mu delikatnie wytłumaczyć, że ostronos w kawalerce może nie być najlepszym pomysłem, a i zakup zwierzaka będzie problematyczny, bo przecież w Polsce ostronosy można pooglądać tylko w zoo. Grześ roześmiał się okrutnie i odesłał mnie do wyroczni Google. Ostronosy kosztują ok. 1000 zł. Niby trzeba się zapisać na nie i poczekać w kolejce, ale chyba nie czeka się długo. Wciąż uważam, że w kawalerce będą problematyczne.

Kilka tygodni później jedna z czołowych warszawskich przychodni zajmujących się zwierzętami egzotycznymi opublikowała na swoim facebookowym FunPage’u notatkę na temat niepokojącej mody na „małpki towarzyszące”, informując jednocześnie, że pod swoją opieką mają aktualnie już 7 naczelnych z kilku gatunków. Krótki tekst ilustrowała mozaika portretów marmozet, tamaryn, saimri i kapucynek, które przewinęły się przez gabinet. Wystawienie na sprzedaż tamaryny złotorękiej w sklepie zoologicznym jednej z warszawskich galerii handlowych wywołało sporą sensację i niemniejsze oburzenie obrońców przyrody. Skandal! Zagrożone wyginięciem zwierzę w ciasnej klatce w centrum handlowym?! Jedna przestraszona małpa była jednak jedynie wierzchołkiem góry lodowej handlu, rozrastającego się błyskawicznie w anonimowej dżungli internetu.

Moda, popyt, podaż

Skąd i kiedy pojawiła się moda na domowe małpki? Zasiał ją kolejny sezonowy, zamorski celebryta, niefrasobliwie pozując z puchatą, słodziutką małpeczką na ramieniu? Odnalazł kreatywny, hipsterski stylista, który w poszukiwaniu inspiracji na „carraibian look” trafił na zdjęcie pirata z dodatkiem w postaci kapucynki na ramieniu? Kogoś wzruszyła żebrząca o drobne małpka, uwiązana kolorowym sznurkiem do straganu przy tłocznej ulicy Bangkoku? Ktoś naoglądał się „Przyjaciół”, „Nocy w muzeum” czy „Alladyna”? Cokolwiek strąciło pierwszy kamyczek – lawina popularności ruszyła.

Pazurkowce są idealne. Rodzina małp szerokonosych, pierwotnie zamieszkująca tylko lasy Ameryki Południowej, obejmuje najmniejsze małpki świata. Dorosłe pigmejki ważą zwykle ok. 100 g. Największe gatunki tamaryn osiągają wielkość wiewiórki. Są wdzięczne, ciekawskie i kontaktowe. Mają urocze, drobne, ekspresyjne pyszczki żywych laleczek. Duże wyraziste oczy. Niemal ludzką mimikę. Rozczulające łapki – kosmate, precyzyjne miniaturki ludzkich dłoni (jedynie palce zakończone są pazurami, nie paznokciami, jak sugeruje nazwa grupy systematycznej). Miękka, puszysta sierść najczęściej wybarwiona jest z ekscentryczną fantazją. Mają urok maleńkich bajkowych dzieci lasu… przynajmniej przez te 5 minut, gdy z zachwytem obserwujemy rozkoszne maluchy baraszkujące pod czujnym okiem rodziców bądź tulące się do rąk opiekuna maleństwo. Jak ich nie kochać? Jak ich nie chcieć? Jest wiele powodów, dla których przeurocze dzieci lasu szybko okazują się bachorami z piekła rodem, internetowe hodowle starają się jednak tego nie nagłaśniać.

W sieci ogłasza się coraz więcej hodowców małp. Wybór gatunków ustawicznie wzrasta. Obecnie potencjalni amatorzy naczelnych mają do wyboru uistiti białouche, zwane również marmozetą zwyczajną, pigmejki, tamaryny białoczube – skrajnie zagrożone wyginięciem w swoich rodzinnych stronach, tamaryny złotorękie, których łacińska nazwa uroczo nawiązuje do mitu o królu Midasie, marmozety Geoffroya, marmozety czarnouche, tamaryny wąsate i czerwonobrzuche czy zjawiskowe lwiatki złotogłowe. Ich ceny wahają się od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. Oprócz pazurkowców można skusić się także na kapucynki czy sajmiri – niejednokrotnie reklamowane jako „małpka Pippi Pończoszanki” i być może lepiej znane pod tym literackim „pseudonimem”.

Pewne problemy mogą mieć fani szopów praczy, uznanych przez polskie prawo za gatunek inwazyjny, obrót którym winien podlegać ścisłej kontroli. Jeszcze więcej zachodu wymaga nabycie wielkiego kota czy makaków, uznanych przez polskie prawo za zwierzęta niebezpieczne, ale jak entuzjastycznie dowodzi przykład założycieli Projektu Puma – „chcieć to móc”, „Polak potrafi”, nie takie cyrki już ten kraj widział. Cały trik polega na zarejestrowaniu się jako cyrk, wybudowaniu plus/minus rozsądnej klatki o budzących zaufanie ścianach i w naszym ogródku może zamieszkać kuguar, karakal, lew… czego dusza zapragnie, a karta kredytowa pokryje. Nikt nie będzie się czepiać, byle miał papiery w dostateczny sposób dokumentujące legalność pochodzenia. „Dostatecznie” nie jest sprecyzowane. Ewentualne uwagi i pretensje bez mocy i znaczenia mogą mieć jedynie konserwatywni sąsiedzi. „Ekolodzy”. „Obrońcy przyrody”. Inne „zielne oszołomy”.

03 (6)

W przypadku mniejszych małp wystarczy dokument potwierdzający zakup zwierzęcia z legalnego źródła oraz zapewnienie nabytkowi odpowiednich warunków utrzymania. Odpowiednich, czyli jakich? Godnych? Optymalnych? Przyzwoitych? Minimalnych? O ile ogrody zoologiczne muszą spełniać określone dla poszczególnych gatunków zwierząt normy (Rozporządzenie Ministra Środowiska z 20 grudnia 2004 r. w sprawie warunków hodowli i utrzymywania poszczególnych grup gatunków zwierząt w ogrodzie zoologicznym), dotyczące m.in. minimalnej powierzchni klatek czy wybiegów oraz ich wyposażenia, przepisy te nie dotyczą osób prywatnych.

Fani kosmatej egzotyki, niebędący amatorami małp, przeglądając szeroką ofertę internetowych hodowli, również nie będą zawiedzeni. Świnki morskie czy szynszyle to przeszłość, nudna klasyka. Teraz do gry wkraczają nowe gatunki. Nie chomiki, a pieski preriowe. Nie szczury, a wielkoszczury. Nie jeże, a tenreki. Fenki. Lemury. Surykatki. Kinkażu. Im dziwniej, tym lepiej. Ostatecznie żyjemy w czasach, gdy konsumpcjonizm stał się nową religią, a oryginalność towarzyskim imperatywem. Czymś trzeba się wyróżniać, skoro i tak większość z nas dzieli te same lęki, nadzieje, metki, problemy, marzenia i sny w pościeli z Ikei. Więc może chociaż cudaczne zwierzątko? Może kinkażu? Z czym to się je? Takie oryginalne. Jak koatimundi.

Ty wredna małpo

Zakup jest najprostszą częścią przygody. Często jedyną satysfakcjonującą. Oto i on! Ona! Ono! Słodziutkie. Urocze. Zaskakujące. Milutkie. Małpeczka. Tamarynek. Marmozetka. Tylko to głaskać i przytulać.

Z czasem zaczynają się schody. Prędzej czy później z dzikiego, egzotycznego zwierzątka-dzieciątka wychodzi dzikie zwierzę, z całym bogactwem jego gwałtownej natury. Zwłaszcza małpy, jak na naczelne przystało, mają skomplikowany charakter i bogaty repertuar zachowań, także tych niepożądanych. Jakkolwiek zwykło się mówić, że wszelkie uogólnienia i stereotypy to zło, szybko można odkryć, co kierowało autorem obelgi „ty wredna małpo!” – empiryzm bądź wybitna intuicja. W zależności od gatunku w wieku 1,5 roku do 3 lat słodka małpeczka dorasta i w kochanym „dziecku” rodzą się ambicje. Proste i prymitywne, aczkolwiek doskonale ludziom znane, a przynajmniej fanom „Gry o tron”.

Zwierzaczek chce władzy! Dowództwa! Dominacji. W przypadku pazurkowców szczególnie agresywne stają się samice, u kapucynek, makaków i saimiri – samce, co wynika z naturalnej hierarchii w dziko żyjących stadach tych małp. Bez względu na płeć metody są uniwersalne. Pogryźć, podrapać, sponiewierać, obsikać. Nawet niewielkie tamaryny potrafią być w swoich atakach bardzo zajadłe i zdeterminowane. Ponadto są sprytne, pamiętliwe i szybko się uczą – co nie ułatwia pacyfikacji takiego przeciwnika. Poza tym małpy brudzą. Pomimo ich bezdyskusyjnej inteligencji i lotności umysłu praktycznie nie są w stanie przyswoić sobie tego, co młode kociaki łapią wręcz instynktownie. Dla szybkich, mobilnych zwierząt żyjących w koronach drzew kuweta jest pojęciem czysto abstrakcyjnym, a przejmowanie się trajektorią lotu i miejscem lądowania ekskrementów absurdem. Po co? W amazońskiej dżungli niektóre gatunki tamaryn nigdy nie schodzą na ziemię, zaspokajając pragnienie przez picie wody zebranej w liściach epifitów. To może tłumaczyć ich obojętność wobec stacjonarnej łazienki. Jednak nawet dla spędzających znaczną część czasu na ziemi makaków idea toalety jest mglista i trudna do „wperswadowania”. Pomijając jednak niefrasobliwą mikcję i defekację oraz rozrzucanie gdzie popadnie jedzenia i jego resztek – małpy znaczą teren. W przestworzach internetu można się spotkać z teoriami, że małpi węch jest wielokrotnie czulszy niż ludzki, więc o ile nie będziemy maniakalnie sprzątać i maskować wszystkich „znaków” naszych podopiecznych, uda się wypracować satysfakcjonujący obie strony kompromis – małpa będzie czuła się „u siebie”, a właściciel nie będzie czuł zapachów małpy.

Można polemizować z siłą tych argumentów. Nie takie jednak małpki słodkie, jak je malują. I nawet maleńkie sukieneczki nie są w stanie tego zmienić.

Niebezpieczne związki

Utrzymywanie egzotycznych zwierząt może być nie tylko problematyczne, ale i niebezpieczne. Oczywiście pogryzionym czy podrapanym można zostać nie tylko przez złośliwą tamarynę czy koatimundi, ale byle kota z podwórka. Szkopuł w tym, że psy i koty koegzystują z ludźmi od tysięcy lat i nasza długa wspólna historia nieco „złagodziła obyczaje”. Zwierzęta przebywające w komercyjnej hodowli zaledwie od kilku pokoleń zwykle są bardziej temperamentne. Zwłaszcza odchowane na butelce małpki i lemury tracą wobec człowieka zarówno lęk, jak i respekt, co w dorosłym wieku pozwala im na bezczelne i brutalne zachowania.

Kolejnym czynnikiem ryzyka jest egzotyka życia wewnętrznego zamorskich zwierząt. Z niegojącej się rany kąsanej na przedramieniu pewnej miłośniczki kinkażu wyizolowano nieznaną dotychczas światu bakterię – Kingella potus, która szczęśliwie okazała się być wrażliwa na znane już cywilizacji antybiotyki. Poważniejsze ryzyko niosą ze sobą przesympatyczne szopy pracze. Są one żywicielami ostatecznymi glisty szopiej: Baylisascaris procyonis. Przypadkowe zarażenie się nią przez człowieka może skończy się śmiercią lub trwałym kalectwem. Migrujące larwy osadzają się w ośrodkowym układzie nerwowym, gałkach ocznych, nerkach bądź wątrobie, uszkadzając narządy poprzez mechaniczne niszczenie tkanek oraz toksyczne działanie ich metabolitów. Choroba ma ciężki przebieg, leczenie jest trudne i długotrwałe, a dodatkowo, ze względu na zróżnicowane objawy oraz brak szybkich i jednoznacznych testów diagnostycznych, rozpoznanie baylisaskariozy nastręcza poważnych problemów. Szacuje się, że w Niemczech zakażonych B. procyonis jest ok. 40% szopów. Co ciekawe w ostatnich latach w Stanach Zjednoczonych opisano występowanie dorosłych glist szopich u psów, dotychczas uważanych za żywicieli paratenicznych pasożyta.

Powiew egzotyki w lecznicy niekoniecznie równa się z czarem wakacyjnej przygody, choć niewątpliwie może otworzyć nowe horyzonty… przed lekarzem. Jak dowodzi przypadek kinkażu z Kingella potus, przy odrobinie dobrej woli właściciela i zacięciu naukowym własnym można odkryć dla świata nowe, tropikalne gatunki, nie wychodząc z gabinetu. Przede wszystkim jest jednak wyzwaniem, a bardzo często konfrontacją z tragicznymi skutkami niewiedzy. Ludzki herpeswirus (HHV-1) jest śmiertelnie niebezpieczny dla wszystkich pazurkowców, jednocześnie herpeswirus typu B (Hepres simiae, B virus), którego bezobjawowymi nosicielami są często makaki, jest niezwykle groźny dla ludzi.

O ile błędy w utrzymaniu popularnych gatunków zwierząt egzotycznych są wynikiem rażącej ignorancji właściciela, o tyle w przypadku pazurkowców czy kinkażu na rynku faktycznie brakuje literatury poświęconej ich pielęgnacji i utrzymaniu, zwłaszcza literatury polskojęzycznej. Wymagania dietetyczne, plany profilaktyki chorób zakaźnych, warunki utrzymania, powszechne zagrożenia. Tak elementarne kwestie często są dla właścicieli jedną wielką niewiadomą, łataną mitami, „wyczuciem”, „intuicją” i obrazkami z kreskówek – jeże jedzą jabłka, małpy jedzą banany. Tymczasem ponad 60% diety pigmejek w naturze stanowią gumy roślinne, a dieta wszystkich naczelnych w swym zróżnicowaniu wybiega dużo dalej niż jabłko-banan-marchewka-ciasteczko. Wszystkie naczelne wymagają ekspozycji na promienie UVB, z odpowiednich i odpowiednio często wymienianych lamp, a nie porannych promieni słońca przez okno.

Egzotyczny pacjent, zarówno podopieczny, jak i właściciel, może okazać się sporym wyzwaniem. W trylogii „Mroczne materie” Phillipa Pullmana każdy człowiek miał swojego dajmona: zwierzę-przyjaciela (często bardzo egzotyczne zwierzę), odzwierciedlające efektownie cechy charakteru właściciela. Książka stała się bestsellerem i doczekała wysokobudżetowej ekranizacji z Nicole Kidman i Danielem Craigiem w rolach głównych. Wizja surrealistycznej rzeczywistości pozostaje w wyobraźni na długo. Świat, gdzie po ulicach Oxfordu spacerują gentelmeni z irbisami, damy z lwiatkami na ramieniu czy młodzież z bazyliszkami w kieszeniach, zostaje w wyobraźni na długo. Jest malownicza. Pociągająca. Inspiruje i zachwyca. Tylko czy wciąż jeszcze jest jedynie surrealistyczna?

01 (4) 02 (8) 02 (9) 03 (1) 04 (3) 05 08 (1)

Z podziękowaniami dla lek. wet. Łukasza Skomoruchy za pomoc w zdobyciu materiału oraz konsultację merytoryczną.


Autor:
lek. wet. Anna Bunikowska

 

Przejdź do następnej strony

Najnowszy numer

Nasi klienci