ZNAJDŹ WETERYNARZA

sobota, 20 Styczeń 2018 Wersja beta
Zobacz:
stomatologianews

Nie męczę roślinożerców

IMG_3565

Fot. Marek Lorenowicz

Z lek. wet. Remigiuszem Cichoniem, specjalistą chorób psów i kotów, właścicielem Przychodni Weterynaryjnej DOG w Skarżysku-Kamiennej oraz autorem programu, kierownikiem i wykładowcą studiów podyplomowych „Psychologia zwierząt” w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Poznaniu rozmawia Michał Chojnacki.

Jest pan elektronikiem o specjalności radio-telewizja…
I licencjonowanym krótkofalowcem kategorii pierwszej SP7HTJ.

Jak to się więc stało, że został Pan lekarzem weterynarii?
Zawsze pasjonowała mnie biologia, zwierzęta, rośliny. W 1977 roku zdawałem na medycynę ludzką. Wtedy bardzo trudno było się dostać, zwłaszcza osobie z rodziny nauczycielskiej – a moi rodzice byli polonistami – do „puszki”, którą była medycyna. No i nie udało się, nie miałem pochodzenia chłopsko-robotniczego, moi rodzice nie byli lekarzami medycyny, a w tamtych czasach te czynniki decydowały.

I dobrze się stało, bo nie wyobrażam sobie pracy w takim chorym systemie jak obecny w ludzkiej „służbie zdrowia”. Zdecydowanie wolę leczyć zwierzęta.

Trzeba było szybko coś ze sobą zrobić, gdyż armia miała chrapkę na moją skromną osobę, a ponieważ lubiłem elektronikę i od trzech lat byłem krótkofalowcem, to zająłem się elektroniką. Zależało mi jednak, aby dostać się na weterynarię, więc studia elektroniczne ukończyłem bardzo szybko, bo w nieco ponad 2 lata. Poszedłem do Olsztyna i tam się zaczęło. W przyszłym roku obchodzę trzydziestolecie pracy zawodowej. Od 9 kwietnia 1990 r. prowadzę prywatną praktykę weterynaryjną i po tylu latach twierdzę, że to był dobry wybór drogi zawodowej.

Ale tak naprawdę to chyba nie zostałbym lekarzem weterynarii, gdyby nie konie, które od zawsze były moją pasją. Kocham te zwierzęta.

Jeździ pan konno?

Nie. Jako drapieżnik nie męczę roślinożerców (śmiech).

Ale leczy je pan.

Ja w ogóle jestem lekarz trochę dziwny jak na dzisiejsze czasy. Niewielu już takich jest. Leczę konie, psy, koty, ale i zwierzęta egzotyczne oraz bydło. Co prawda dopiero kilka lat temu wyłączyłem drób i świnie, gdyż stwierdziłem, że w tych dwóch dziedzinach nie mogę być nowoczesnym i perfekcyjnym lekarzem – brak czasu na śledzenie wiedzy w tak szerokim zakresie.

Zaraz po studiach, od 1985 roku przez pięć lat pracowałem w Górach Świętokrzyskich, w dużym zespole lekarzy w lecznicy. Obsługiwałem zwierzęta gospodarskie i konie. Świętokrzyskie to rejon handlu końmi, pracy było więc mnóstwo. Były takie dni, że kastrowaliśmy po 40 ogierów. Dzisiaj w większości obsługujemy konie fundacji albo rekreacyjne. Dyżury były tygodniowe, całodobowe, więc mieszkałem przy lecznicy. W ciągu nocy robiliśmy 3-5 porodów u krów. Dla porównania w tym roku zrobiłem w sumie 2 (śmiech). Jest to efekt zaniku hodowli zwierząt gospodarskich w promieniu ok. 20 km od mojego miasta. Pozostały mi konie, które znacznie poszerzyły mój rejon działania do ponad 150 kilometrów.

Praca przy dużych zwierzętach wymaga czasu, często odbywa się w nocy, wyjazdów na duże odległości i nieobecności w domu nawet przez kilka dni. Dzisiaj niewielu lekarzy chce się podejmować takiego zobowiązania. Mimo wszystko praca w gabinetach małych zwierząt jest bardziej komfortowa. Sam prowadzę gabinet małych zwierząt i wiem, że choć różnie bywa ze spokojem w takim miejscu, to jednak w porównaniu do pracy z dużymi zwierzętami różnica jest ogromna.

To nie jedyna różnica.

Z punktu widzenia pracy, którą się wykonuje przy dużych i małych zwierzętach, i wierzę, że moi koledzy podzielą ten pogląd, praca z psami i kotami jest o wiele „łatwiejsza” w porównaniu do pracy z koniem czy krowami. We wszystkich tych przypadkach potrzebna jest ogromna wiedza, to prawda. Tyle, że w przypadku psów i kotów jest ona dziś łatwiej dostępna, w przypadku koni trudniej. Mówię o wiedzy „supernowoczesnej”. Oczywiście są w Polsce lekarze, którzy ją wykorzystują, jak Maciej Przewoźny, Paweł Golonka czy zespół Kliniki Koni SGGW.

To jest trudna medycyna. Powiedziałbym nawet, że zoperowanie suki z problemem ginekologicznym w porównaniu do zoperowania klaczy z otwarciem jamy brzusznej z jakimkolwiek, choćby drobnym problemem, to całkiem inna „bajka”. Tych rzeczy właściwie nie da się porównać.

IMG_3793

Fot. Marek Lorenowicz

Poza tym, kiedy pracuję z koniem, to muszę uważać na wiele rzeczy. Kiedyś podczas badania pacjenta odebrałem telefon. Dostałem wtedy od konia z boksu zębami po plecach. Zwierzę złapało mnie za plecy przez kurtkę i rzuciło mną z łatwością o ziemię. Zrobiło to z taką szybkością i siłą, której jako człowiek nie byłbym w stanie się przeciwstawić. W szpitalu myśleli, że zderzyłem się z buforem pociągowym. Gdyby koń chwycił za głowę, to pewnie nie rozmawialiśmy dzisiaj. W tym czasie inne konie instynktownie postanowiły „zatupać” drapieżnika. Na szczęście obsługa je powstrzymała. Innym razem przy kastracji, a nie było wtedy takich znieczuleń jak dzisiaj, właściciele nie utrzymali konia, który wypiął nogę z pęta rzucadła berlińskiego, kiedy przecinałem mosznę. Miałem szczęście, złamał mi tylko trzy żebra. Takich zagrożeń jest wiele.

Mówi pan, że leczenie psów i kotów jest łatwiejsze. To znaczy, że nie daje takiej satysfakcji?

Daje. Moim największym konikiem jest chirurgia małych zwierzaczków, w tym się realizuję, niemal wypoczywam, to moja pasja. Zarówno chirurgia twarda, jak i miękka, a także onkologiczna, której wielu lekarzy nie lubi. Mnie daje ona jednak możliwość poznawania nowego, nieznanego. Onkologia jest nieprzewidywalna, zawsze inna. Rzadko operujemy nowotwór identyczny z tym, który operowaliśmy wcześniej. Stosuję też metody naturalne, komórki macierzyste, IRAP. Jako jedyni w Polsce mamy IRAP zarówno dla koni, jak i psów. To świetna metoda, daje dobre rezultaty. Kilka dni temu operowałem roczną klacz ze złamaniem śródstawowym w stawie skokowym, z przebiciem torebki stawowej, z dużymi ubytkami na skórze. Klacz stoi, kuleje, ale chodzi. Porusza się po boksie i przed boksem, gdzie zapewniliśmy jej możliwość chodzenia po naturalnym podłożu. W niedługiej przyszłości na pewno będziemy wspomagać IRAP-em.

W ogóle jestem wielkim zwolennikiem metod naturalnych. Moje podejście do pracy jest takie, że zwierzęta powinny być traktowane w taki sposób, że jeśli otrzymują od nas pomoc lekarsko-weterynaryjną, żywność czy zabawki, to powinniśmy się zawsze zastanowić, czy w naturze taki mały wilczek, konik lub kotek mógłby coś takiego otrzymać. I jeśli nie mógłby, to starajmy się z tego nie korzystać.

Kiedy rozpoczął Pan pracę z małymi zwierzętami?

Małe zwierzęta zacząłem leczyć w roku 1990. W tamtej dekadzie nowoczesna wiedza na temat leczenia psów i kotów była trudniej dostępna niż w obecnym stuleciu. Wspólnie z kilkoma lekarzami z kraju stworzyliśmy grupę, która zdobywała tę wiedzę, gdzie się dało, i dzieliliśmy się solidarnie tymi zdobyczami, szkoliliśmy się wzajemnie. Uczestniczyliśmy w możliwie największej liczbie warsztatów, konferencji kongresów w kraju i na świecie. Ta współpraca owocowała zdrowiem pacjentów, a nasze praktyki zawsze były oblegane przez klientów. Dziś lekarze mają nieograniczony dostęp do olbrzymiej ilości szkoleń z każdej dziedziny medycyny weterynaryjnej małych zwierząt, zarządzania, marketingu. To diametralnie zmieniło dostęp do wiedzy. Banki i firmy oferują sprzęt diagnostyczny, o jakim nawet nie marzyliśmy. Pod każdym względem teraz jest łatwiej prowadzić leczenie zwierząt.

W którym miejscu wkracza behawioryzm?

Medycyna behawioralna w weterynarii w naszym kraju powoli jest zauważana przez lekarzy praktyków, którzy rozumieją, że sukces osiągniemy dopiero wtedy, kiedy połączymy klasyczną, powiedzmy „biochemiczną”, weterynarię z medycyną naturalną i tą weterynarią uwzględniającą behawioryzm. To musi tworzyć całość. Nie da się leczyć skutecznie zwierzęcia bez zwrócenia uwagi na jego psychikę, która ma wpływ na wszystko, na gojenie się ran, występowanie różnych schorzeń, na procesy całego organizmu. Dlatego nie można traktować zwierząt przedmiotowo. W końcu poza liczbą komórek istoty szarej niczym się od nich nie różnimy.

Czy to znaczy, że każdy lekarz powinien być behawiorystą?

Chyba najważniejszą rzeczą jest to, że każdy lekarz powinien rozumieć, co na dzień dzisiejszy jako ludzie wiemy na temat wymagań dobrostanu psychicznego zwierzęcia. Ale żeby to wiedzieć, trzeba się na tym skupić, trzeba się o tym dowiedzieć. Ta wiedza nie jest dostępna w internecie ani nawet w książkach.

I właśnie ze względu na niedobrą sytuację w zakresie behawioryzmu w Polsce, a także w odpowiedzi na potrzebę młodych ludzi, którzy już są lekarzami, postanowiliśmy powołać studia podyplomowe w oparciu o moje doświadczenie z praktyki psychologii zwierząt oraz niewątpliwą potrzebę takich studiów. Otrzymaliśmy propozycję wdrożenia tego projektu na uczelni prywatnej SWPS w Poznaniu. Na potrzeby tego projektu skompletowaliśmy unikalny zespół naukowców i praktyków i już wypuściliśmy dwa roczniki profesjonalistów z zakresu psychologii zwierząt.

Wśród lekarzy duże jest zapotrzebowanie na tego typu wiedzę?

Wystarczy powiedzieć, że olsztyńska IVSA zorganizowała 4-weekendowe szkolenie behawioralne z psów, kotów i koni. Na to szkolenie przyjechało 316 lekarzy i studentów z całej Polski. Podobne szkolenia organizowała IVSA we Wrocławiu i Lublinie, w obu tych miastach w szkoleniach wzięło udział w sumie 417 słuchaczy. Te liczby mówią same za siebie i nie wymagają komentarza na temat potrzeb młodych ludzi w zakresie psychologii zwierząt.

Muszę jednak przyznać, że kiedy podejmowałem pierwsze próby organizacji studiów podyplomowych, to niewiele osób rozumiało, co chcieliśmy zrobić.

A co chcieliście robić?

Chcieliśmy nauczyć ludzi pracować nad swoim wnętrzem po to, aby lepiej rozumieć zwierzę i lepiej z nim pracować. Chcieliśmy też wykonywać w Polsce badania w tym kierunku. Wynikami oczywiście wszyscy byli zainteresowani, jednak badaniami już niekoniecznie. Oprócz prof. dr. hab. Mariusza Majewskiego z mojej Alma Mater z Olsztyna nikt nie chciał z nami współpracować. Na psychologię zwierząt patrzono jak na niepotrzebne dziwactwo, na które nie warto tracić czasu. Niektórzy nadal tak patrzą, bo nie wiedzą lub nie rozumieją, co robimy. Ale na szczęście coraz rzadziej. Wystarczy przyjść na choć jedno spotkanie ze mną, aby się dowiedzieć i zrozumieć.

Co się zmieniło?

Myślę, że w ogóle nadzieja jest w młodych lekarzach, w studentach. Dowodem jest liczba osób, które pojawiają się na szkoleniach. Na nasze studia podyplomowe do Poznania musimy robić rozmowę kwalifikacyjną. Na roku są 22 osoby, a chętnych jest o wiele więcej. Być może w tym roku uruchomimy dwie grupy.

Na tych studiach grupy nie powinny być zbyt duże. Jednym z naszych głównych założeń jest położenie dużego nacisku na ćwiczenia praktyczne ze zwierzętami. To nie wykład, w którym mogłoby uczestniczyć nawet tysiąc osób.

Jak wyglądają główne założenia waszego programu studiów podyplomowych?

Chcemy przygotować ludzi do pracy ze zwierzętami zgodnie z ich podłożem behawioralnym, ukształtowanym od milionów lat, oraz do pracy z właścicielami tych zwierząt w celu korygowania zaburzeń zachowań. Szczególny naciski kładziemy na uzyskanie zrozumienia naszych działań przez zwierzę.

Oprócz mnie nasz zespół tworzą: moja żona Justyna Cichoń, która prowadzi część ćwiczeń praktycznych z psami i elementy zarządzania praktyką behawioralną, dr Sławomira Brud z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, która dysponuje ogromną wiedzą na temat kotów, genialny, jeden z trzech najlepszych na świecie specjalistów z zakresu psychologii koni, często zwanych potocznie „zaklinaczami koni”, Bartłomiej Bargiełowski z Uniwersytetu Nowych Możliwości z Gietrzwałdu k. Olsztyna, a także lekarz medycyny i weterynarii, były kierownik zakładu fizjologii zwierząt i dziekan wydziału medycyny Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie prof. dr hab. Mariusz Majewski, którego osoba nie wymaga żadnych komentarzy. Dodatkowo w zespole pracuje jeden z największych autorytetów naukowych prof. dr hab. Dariusz Doliński z wrocławskiej SWPS, który jest psychologiem ludzkim. Jego zadaniem jest przygotowanie studentów do pracy nad sobą, ale też nauka wywierania wpływu na właścicieli zwierząt w zakresie zmiany postaw – to unikalna dziedzina, która moim zdaniem powinna być w programie studiów weterynaryjnych.

Większość zajęć jest przeprowadzana bezpośrednio ze zwierzętami, uczymy prawidłowych reakcji w kontaktach z nimi. Program zawiera wszystkie elementy psychologii psów, koni i kotów, z poszerzeniem o elementy behawioryzmu bydła. Obejmuje prawie wszystko, co do dnia dzisiejszego jest dostępne w zakresie potwierdzonej wiedzy naukowej. W sumie 190 godzin. Pokazujemy, w jaki sposób zwierzę odbiera i interpretuje nasze zachowanie. To trudno opowiedzieć. To trzeba zobaczyć.

Co dla lekarza, który ma już pewną praktykę, jest największym wyzwaniem w nauce behawioryzmu i pracy nad lepszym rozumieniem potrzeb swoich pacjentów?

Dwie rzeczy. Oczywiście zdobycie nowej wiedzy, ale też zmiana swoich postaw wobec zwierzęcia. Trudno też zastosować wiedzę teoretyczną w praktyce. To jest trochę tak jak z chirurgią. Nie można być dobrym chirurgiem, bazując tylko na wiedzy teoretycznej i patrzeniu na ręce lekarzy wykonujących zabiegi z wielką wprawą. Trzeba doświadczyć dużej ilości różnych przypadków operacyjnych wykonywanych własnoręcznie i pod bacznym okiem mistrzów. Podobnie jest z psychologią zwierzęcia.

IMG_3533

Fot. Marek Lorenowicz

Zawsze jest tak, że na wykładzie wszystko wydaje się bardzo oczywiste i proste. Jednak kiedy potem trzeba podejść do zwierzęcia, to już takie nie jest. Dlatego przede wszystkim ćwiczymy ze zwierzętami, pokazujemy podstawowe rzeczy, jak nasze tętno wpływa na zachowanie zwierzęcia. Obserwuję studentów i zwracam im uwagę na pewne elementy, np. niewłaściwe gesty wykonywane w trakcie badania, przy podchodzeniu do pacjenta. Musimy wykonywać takie ruchy, które będzie on w stanie odczytać. Mamy go na stole, coś mu robimy, a on przeżywa stres. Nie rozumie, co się dzieje. A jeśli nie rozumie, to się boi. A dlaczego ma kojarzyć lekarza tylko ze strachem?

Robimy rzeczy niemiłe, ale możemy robić je tak, aby były zrozumiałe dla zwierzęcia. Lekarze w tym momencie zapytają, jak pies ma zrozumieć, że robimy mu zastrzyk. Nie, zastrzyk nie będzie zrozumiały. Ale ruchy, które przy nim wykonamy, które doprowadzą do zastrzyku, mogą takie być. Wtedy zwierzę dojdzie do wniosku, że w zasadzie ten gość w fartuchu jest całkiem ok, mimo że robi rzeczy niemiłe, na które ma jednak moje przyzwolenie.

Jeśli złapię pana nagle mocno za rękę, to nie będzie normalne ani przyjemne. Ale kiedy złapię tak 10 razy?

Wtedy zacznę się do tego przyzwyczajać.

I przestanie pan reagować. Pomyśli pan, że jestem nienormalny albo mam takie odruchy, które nie są przyjęte jako właściwe w komunikacji międzyludzkiej. I pan to uszanuje, bo nie jesteśmy do siebie nastawieni agresywnie. W ten sam sposób odwrażliwiamy zwierzę na nieprzyjemne dla niego działania. A ono przez wielką kulturę wewnętrzną, jaką reprezentuje, pozwala nam na to. A rób sobie! Ukłułeś mnie igłą, przyjemne to nie było, ale żyję. Znowu twój głupi pomysł i tyle. Tak na dobrą sprawę większość rzeczy, jakie tym psom robimy, one odbierają jako bezsensowne, niemądre. Każemy im siadać, podawać łapę. Przecież to jest strasznie głupie z ich punktu widzenia. Ale one to wykonują. Bo to wywołuje u nas dobry humor, a psy lubią, kiedy mamy dobry humor, bo wtedy jest fajnie. A jeśli na dodatek w ten sposób wymuszą od nas jedzenie, to nie dość, że jesteśmy słabi, bo oddaliśmy im jedzenie, to jeszcze mamy dobry humor. Jak tu się nie cieszyć?

I ja nie wymagam od lekarzy, żeby robili jakieś cuda, żeby nagle wykonanie USG, grzebanie w uszach, oczach, sprawdzanie, czy zwierzaka boli staw, stało się dla badanego przyjemne. Chcę, aby oni rozumieli zwierzę, z którym pracują, oraz żeby zwierzę świadomie zezwoliło na nieprzyjemne dla niego czynności. I można to robić bezinwazyjnie, stosując najnowsze zdobycze wiedzy z zakresu psychologii zwierząt, a niekoniecznie często używane środki uspakajające.

Ci lekarze, którzy poznali choć niewielką część tej wiedzy, widzieli na żywo, jak „to działa” w pracy ze zwierzęciem, to już wiedzą, zaś tym, którzy tego nie widzieli, dajemy szansę zobaczyć. Jestem zapraszany do klinik weterynaryjnych do przeprowadzenia szkoleń praktycznych z zakresu pracy ze zwierzęciem w gabinecie weterynaryjnym. Ostatnio takie szkolenie odbyło się w Klinice My Pet dr. n. wet. Tomasza Nowaka w Poznaniu, wzięła w nim udział grupa lekarzy weterynarii z wielu miast Polski. Lekarze otrzymali konkretne narzędzie do pracy z psami, uwzględniające psychologię zwierzęcia. Na pewno ich praca i stan psychiczny po tym spotkaniu wyglądają inaczej, lepiej…

Czy wcześniejsze doświadczenia z psychologią ludzką niektórych studentów są atutem, czy raczej przeszkadzają?

Od strony teoretycznej na pewno jest łatwiej. Zasady niewiele się różnią, różnica jest tylko w pojmowaniu świata przez zwierzę i człowieka. Ale generalnie jest tak samo. Zarówno my, jak i zwierzęta, jeśli wykonujemy czynność, która sprawia nam przyjemność, to dążymy do tego, aby była powtarzana, aby to uczucie trwało.

Czy ktoś, kto nie jest lekarzem weterynarii, powinien zajmować się behawioryzmem zwierząt?

Mamy takie osoby na studiach i świetnie sobie radzą. Ale uprawianie behawioryzmu, czyli korygowanie wielu grup zaburzeń zachowań bez współpracy z lekarzem weterynarii, jest niemożliwe. Dlatego uczulamy tych studentów, że jeśli będą poodejmować działanie na rynku, to powinni nawiązać współpracę z lekarzami, którzy traktują ten problem z pełnym zrozumieniem. To absolutnie niezbędne. Moje zadanie jako lekarza i moje wewnętrzne przekonanie przy organizowaniu tych studiów było takie, aby takie osoby koniecznie współpracowały z lekarzami.

Nie chodzi nawet o przepisywanie pewnych leków. Jest to bariera formalna, końcowy etap postępowania behawioralnego. Psycholog zwierzęcy, nie będąc lekarzem, nie mając wiedzy medycznej, nie mając dostępu do diagnostyki, może robić pewne czynności ze zwierzęciem i nie wiedzieć, że ma ono problem somatyczny. Ja takich przypadków w praktyce behawioralnej miałem bardzo wiele. Dlatego na dzień dzisiejszy warunkiem konsultacji u mnie jest opinia lekarza prowadzącego, kierującego do mnie, stwierdzającego, że zwierzę jest zdrowe. U psów agresywnych trzeba na przykład wykonać badanie tarczycy, sprawdzić, czy nie stwierdzono bólu trzewnego, stawowego czy jakiegokolwiek innego, który wywołuje zwiększoną drażliwość. Podejmowanie jakichkolwiek czynności ze zwierzęciem mających na celu zmianę jego zachowania musi być czynione na materiale całkowicie zdrowym.

Zwierzaka z problemami behawioralnymi nie wystarczy zoperować, zaszyć i wypuścić do domu. W środku tego wszystkiego jest właściciel.

Właściciel psa po operacji musi przyjść na zastrzyk, zmianę opatrunku itd. To również wymaga pracy i systematyczności. Ale rzeczywiście, w korygowaniu zaburzeń zachowania jest to szczególnie istotne. Dlatego tak ważna jest praca nie tylko ze zwierzęciem, ale i z właścicielem, zmiana jego postaw i wywieranie w tym celu wpływu. Tym bardziej, choć to procentowo trudno ustalić, że pewnie więcej niż 90% pacjentów przejawia zachowania niepożądane właśnie przez złe postępowanie właścicieli. Zwykle nie wynika to z ich złej woli, tylko z niewiedzy. Ludzie antropomorfizują swoich pupili i wymagają od nich, aby odczytywali pewne sytuacje tak samo jak my, co jest przecież niemożliwe. Powstają nieporozumienia.

Bywa też tak, że u podstaw problemu leżą bardzo dobre intencje. Jednym z największych zagrożeń dla behawioryzmu zwierząt, a zwłaszcza psów, jest niestety internet. Ludzie czerpią z niego niezweryfikowane informacje, nie wiedząc, jakie jest podłoże zachowań psów. Sieć to znaczące dobro, ale w tym konkretnym przypadku czyniące wiele złego.

Poza tym, jak mówiłem wcześniej, nasze gesty są dla psa niezrozumiałe, robimy im rzeczy głupie i nieprzyjemne.

Psy nie lubią być głaskane?

Proszę się zastanowić, czy gdyby ktoś stanął naprzeciw pana i wykonał taki sam ruch, jaki my wykonujemy w kierunku psa, to czy byłoby to przyjemne. Na przykład rozmawiamy sobie teraz jak dwóch kolegów, myślących i poważnych ludzi. Pan się uśmiecha, czyli wykazuje pozytywne emocje. I teraz ja robię coś, co robi większość ludzi na widok psów. Sięgam ręką i chwytam pana za czuprynę i tarmoszę. Dokładnie to samo robimy psom. Z punktu widzenia naszego behawioryzmu było to zachowanie mogące prowadzić do agresji słownej, fizycznej. Przecież gdybym zrobił to komuś na ulicy, bez ostrzeżenia, to tak by się pewnie skończyło. I to jest naturalne. Mam oczy z przodu, mam łapę chwytną z pazurami i pan jako drapieżnik na pewne ruchy z mojej strony sobie nie pozwoli. Jeżeli pies jest całkiem spokojny i wyluzowany, a my mu wkładamy rękę między uszy i tarmosimy, to jak on ma na to zareagować? Większość psów reaguje spokojnie, bo mają wielką tolerancję dla ludzkich działań. Ale część zareaguje agresją, a to już jest problem dla człowieka, bo zagraża jego bezpieczeństwu.

Większość psów trzymanych w domach jest już do tego przyzwyczajona.

Proszę spojrzeć. Nagle, bez ostrzeżenia i szybko podchodzę do pana, przyjmując agresywną postawę. Pan od razu robi się czerwony. Bo pana zaatakowałem, nieważne, czy naprawdę, czy nie. Pana mózg zareagował szybciej niż świadomość, kazał nadnerczom wyrzucić adrenalinę i kortyzol. I przygotować organizm do walki lub ucieczki. Dopiero po chwili działa świadomość i teraz spuścił pan noradrenalinę i przekrwienie minęło. To normalne i naturalne. My wykonujemy u zwierząt masę czynności, które dla nas byłyby bardzo nieprzyjemne i niewygodne. A zwierzęta nie są w stanie świadomie przeanalizować sytuacji i zapanować nad swoimi odruchami. Mało tego, myślą i reagują kilkanaście razy szybciej od nas. Otrzymują w tym czasie bodziec, przeprowadzają analizę, odpowiedź i relaksację. Od tego zależy ich życie. Koń zawsze musi wyprzedzać wilka i przewidzieć jego oszustwa.

Oszustwa wilka? A czy koń też oszukuje?

Drapieżnik musi zmylić roślinożercę, stosować różne fortele, aby go upolować. Koń jest roślinożercą, zwierzęciem „czystym”. On nie oszukuje. Nie ma takiej potrzeby

Nigdy?

Nigdy. Chyba że człowiek zrobił mu wielką krzywdę, wtedy oszustwo potraktuje jak konieczne, mniejsze zło. Ale normalnie koń nie oszukuje, co najwyżej negocjuje z nami pewne zasady. Patrzy na nas i myśli sobie „Ja do ciebie podejdę, ale jadł cię przecież nie będę, a poza tym pachnie od ciebie mięsem. Boję się ciebie, ale też cię odwrażliwię. Podejdę jednak w taki sposób, aby w każdej chwili móc uciec, bo wiem, jak jesteś słaby w szybkości reakcji i ucieczce”.

IMG_3558

Fot. Marek Lorenowicz

Roślinożerca nie ma potrzeby oszukiwania otoczenia. Musi za to prowadzić jego baczną obserwację. I wszystkim ludziom, którzy obcują z końmi, mogę powiedzieć, że nikt ciebie, człowieku, w życiu nie obserwował tak jak koń.

Czy to znaczy, że jako behawioryście z końmi pracuje się panu najlepiej?

Lubię pracować z każdym zwierzakiem. Konie są czyste pod względem mentalnym. Koty zaś to niesamowite wyzwanie, z nimi pracuje się najtrudniej. W końcu nie wypada poddanemu uczyć króla, musimy uważać, żeby nie poraził nas jego majestat. Nasz poziom percepcji i system przepływu informacji są niesamowicie powolne w zestawieniu z kotem.

Z psami oczywiście pracuje się najłatwiej. Najłatwiej je zrozumieć. Od samego początku naszego wspólnego życia szły na współpracę. Wzajemnie spełnialiśmy swoje potrzeby, integrowaliśmy się. Kot przyszedł do nas, bo otaczały nas gryzonie, a konia po prostu zniewoliliśmy. Koń jest dzikim, wspaniałym zwierzęciem, które puszczone na wolność poszłoby sobie od nas i przetrwałoby w naturze. Psy uległy zaś daleko posuniętej pedomorfizacji. Jednak na wolności, prędzej czy później, zbliżyłyby się zachowaniem i wyglądem do wilka.

Koty, psy, konie. Ich sygnały są mniej lub bardziej dla nas czytelne. Można z nimi pracować. A co ze zwierzętami egzotycznymi?

Nie ma zwierząt, które nie wysyłają sygnałów. Tyle, że sygnały wysyłane przez np. węże dla ssaków tej wielkości co my, o tak mało wrażliwych zmysłach, są po prostu niezauważalne.

W przypadku zwierząt egzotycznych to wyłącznie praca z właścicielem. Aby wiedział, jakie elementy powodują u gadów dyskomfort. Co musi robić, aby nie powodować u nich napięcia.

Praca nad sobą, nad właścicielem, nad zwierzęciem. A gdzie w tym wszystkim farmacja?

Dzięki zdobyczom nauki możliwe jest zastosowanie leków w dwóch celach. Pierwszy to dać zwierzęciu doprowadzonemu przez właścicieli do ekstremalnego stanu psychicznego preparat, który pozwoli mu osiągnąć względny spadek napięcia emocjonalnego na czas terapii. Dzięki temu przyjmuje ją spokojniej. Drugi to zapewnienie właścicielowi czasu na naukę i przystosowanie do nowych sytuacji, do zmiany jego postaw wobec farmakologicznie odurzonego zwierzęcia.

Szczerze mówiąc, w przypadkach dobrze rozpoznanych i opisanych większość zwierząt poddawałaby się leczeniu z wykorzystaniem tylko naturalnego behawioryzmu, bez stosowania leków. Ale niestety klientów mamy takich, jakich mamy, i musimy pomagać im lekami. Większość problemów wynika z niezrozumienia zwierząt lub utrwalenia pewnych zachowań z czasu, kiedy to zwierzę dorastało. Zdecydowana większość zastosowania leków wynika z analizy psychologicznej właściciela, nie zwierzęcia.

 

Fotografie: Marek Lorenowicz

Przejdź do następnej strony

Nasi klienci