ZNAJDŹ WETERYNARZA

piątek, 24 Listopad 2017 Wersja beta
Zobacz:
stomatologianews

Ptaszki w klatce

Eco Green Park to jeden z największych parków ptaków w południowo-wschodniej Azji. Kolekcja jest zachwycająca. Co jednak zachwyca (lub raczej dziwi) bardziej, to prawdziwie  „ekologiczny” duch tego miejsca.

Położony w okolicach Malang na Jawie park rozrywki jest w tym przeludnionym kraju bezrefleksyjnej konsumpcji niemal bezprecedensowym centrum edukacji. Relatywnie ciche i kameralne alejki ozdobione są rzeźbami stworów, wykonanych ze zrecyklingowanego złomu, starych komputerów, zepsutych telewizorów, niemodnych komórek i archaicznych klawiatur. Pomiędzy wolierami, lekko przytłoczone egzotyczną roślinnością, wznoszą się toporne tabliczki z pompatycznymi hasłami: „Save the Word = save lives”. W pawilonach stylizowanych na starożytne świątynie można odkryć zachwycającą bioróżnorodność przyrody zatrzymaną w urzekających kadrach wielkoformatowych zdjęć, poczuć trzęsienie ziemi, wsłuchać się w ryk huraganu, dotknąć absurdalnej bryłki lodu na podłodze igloo („Mróz! Tu panuje mróz! Taka atrakcja!!!”), „zobaczyć” kawałek świata. Można też przeczytać o ginących gatunkach, złych kłusownikach, biednych wycinanych puszczach i smutnych zatruwanych morzach. Popatrzeć na fotki płonących lasów, hałd śmieci, na miasta duszone smogiem, wojny i głodne dzieci. Matkę tygrysicę z tygrysiątkiem „wfotoszopowaną” na skraj ciągnącego się po horyzont wysypiska śmieci. Kicz, tandeta i prymitywizm. Ale to Indonezja – kraj, gdzie nie tylko nie ma segregacji śmieci, lecz na ulicach miast praktycznie nie ma śmietników. Gdzie mieszkańcy Jakarty za największe atrakcje regionu uważają centra handlowe, ulubionym sportem i rozrywką są zakupy i kolacje, a świadomość ekologiczna praktycznie nie istnieje. Na tym tle Eco Green Park jest urokliwym kagankiem oświaty świecącym w mrokach średniowiecza. Być może dlatego cieszy się tak mierną popularnością. Nuda.

W halach wolnych lotów oraz większych i mniejszych wolierach można podziwiać awifaunę całego świata. Ary oliwkowe, zielone i szafirowe, ketupy, turaki, rajskie ptaki i dzioborożce. Pomiędzy egzotycznymi dla tej części świata ptakami, w mniejszych wolierach lub klaustrofobicznych klateczkach skaczą zaś przedstawiciele lokalnej awifauny. Wiele ptaków pochodzi z pobliskiego bazaru. Skandal? Niezupełnie.

Azjatyckie bazary w podróżniczych książkach i przewodnikach zwyczajowo opiewane są jako absolutnie fascynujące atrakcje, które „musisz zobaczyć”. Miejsca, gdzie można się zgubić, odnaleźć, poznać prawdziwy smak lokalnej kuchni, kulturę i mentalność narodu, przeżyć przygodę, kupić autentyczne i unikatowe cuda rękodzieła oraz (w książkach dla studentów i włóczęg niskobudżetowych) najeść się za półdarmo.

Fascynujące? Poniekąd. Na pewno za pierwszym razem. Realne i transcendentalne zagubienia i powroty z pewnością zależą od personalnych przymiotów, zdolności orientacji w przestrzeni i refleksyjności charakteru zwiedzającego. Lokalne smaki? Bez wątpienia. Na większych bazarach można kupić wszystko: od kiszonego zielska, przez żywe karaluchy, kozie mózgi, baranie płuca, jednodniowe pisklęta (żywe/martwe /farbowane), po płaszczki, rekiny i papugoryby. Tu mija się stragany uginające się pod ciężarem owoców, jakich nigdy w życiu nie widzieliśmy (o smakach, z którymi nie radzą sobie europejskie kubeczki smakowe, pozostawiając na języku jedynie pełne zaskoczenia uczucie absolutnej dezorientacji). Budy z rybami, które dotychczas widzieliśmy tylko w oceanariach… a przynajmniej o kształtach i kolorach, które zdecydowanie kwalifikowałyby je do ozdabiania morskich akwariów, a nie wrzucenia na głęboki olej. Unikatowe rękodzieła w epoce globalnej ekspansji chińskiego badziewia pozostają unikatowe. W Tajlandii jednak jest kilka słynnych rynków, gdzie można kupić talizmany, amulety, magiczne kamyczki, rzeźby czy wisiorki oraz całkiem realne prawo jazdy i bardzo rzeczywisty paszport. Można to uznać za lokalne rękodzieło. Unikatowe. Najeść się za półdarmo? Bez problemu, o ile dawno już zapomnieliśmy o jakichkolwiek elementarnych zasadach higieny.

Mało który przewodnik w entuzjastycznych opisach dotyka jednak esencji azjatyckich bazarów – bród, smród, tłok i chaos. To właśnie „orientalny klimat egzotycznej przygody”. Sztynks. Duszący, ciężki, oblepiający odór. Powietrze tak brudne, że aż lepiące się do przepoconych ubrań, włosów, skóry. Pół biedy, gdy przyjedziemy tam chłodnym (o ile mieszkamy w miejscu, gdzie choć nocą jest chłodno) świtem i wszystkie rzucone na ziemię ochłapy mięsa, podrobów, zepsutych owoców, nadgniłych warzyw, resztek oleju, rybich płetw, jelit i pęcherzy pławnych dopiero zaczynają żyć swoim nowym życiem, reinkarnowane w ciałach miliardów much i biliardów bakterii. O świcie jest znośnie. W południe większość bazarów cuchnie wysypiskiem śmieci. De facto większość bazarów w południe to jest wysypisko śmieci, po powierzchni którego dzielnie dryfują prowizoryczne stragany.

Bazary-wysypiska toną w falach ludzi. Zanim jeszcze je zobaczymy, a nawet poczujemy… na długo przed ogłuszającym zgiełkiem i odstręczającym smrodem… stajemy w korku. Azja ubóstwia skutery. Biorąc pod uwagę specyfikę tutejszego ruchu drogowego, hołdującą zasadzie równości, spontaniczności i fantazji, samochody nie mają racji bytu. Grzęzną w korkach jak wielkie, niezdarne chrząszcze zalewane i pożerane przez armie afrykańskich mrówek. Targów bronią ciągnące się w chaotyczną nieskończoność zasieki ze skuterów. Zaparkowanych tak gęsto, że nie sposób się między nimi przecisnąć. Powszechnym dobrym zwyczajem jest niezaciąganie hamulca ręcznego, czy to w skuterze, czy zaparkowanym samochodzie; dzięki temu, w razie gdyby komuś wybitnie przeszkadzała, maszynę można przepchnąć i utorować sobie drogę do dalszej jazdy. Lusterka są poskładane. Raz, że zajmują za dużo miejsca, dwa – i tak nikt ich tutaj nie używa.

Po przedarciu się przez uliczny tor przeszkód, znalezieniu miejsca parkingowego i desperackiej próbie jej zapamiętania (a przynajmniej jej okolicy, bo nigdy nie wiadomo kto i gdzie odtoczy nasz skuter), robimy nieśmiały krok w kierunku straganów. I wpadamy w nurt kupujących, porywający nas w klaustrofobiczny labirynt bazaru, gdzie pewnie tylko skaczące po straganach z mięsem szczury i przemykające po kątach koty znają wszystkie jego zaułki. I karaluchy. One również czują się jak u siebie.

Należę do tej grupy turystów, którzy mimo wszystko, wbrew własnej naturze i zdrowemu rozsądkowi, odczuwają jakąś niezdrową fascynację bazarami i prędzej czy później zaczynają wierzyć, że gdzieś tam, w głębi, czeka coś szczególnego. Zapuszczam się więc dalej i dalej, gubiąc niemal rytualnie, prowadząc jakieś kulawe, kurtuazyjne rozmowy z przekupkami, żąglując czterema słowami na krzyż, które akurat znam w danym języku, i buszując po straganach, by zwycięsko powrócić z nieznanym warzywem, bardzo dziwnym owocem, zdjęciem wyleniałego kota lub dziecka handlarki. Nie inaczej było z targiem w Batu, choć początki naszej znajomości były trudne. Najbrzydszy, najbrudniejszy, najbardziej cuchnący bazar, jaki w życiu widziałam… z czasem człowiek się przyzwyczaił. Wtedy też zaczęłam wycieczki w głąb chaosu.

W każdym szaleństwie jest metoda i nawet w indonezyjskich bazarach panuje pewien organizacyjny ład i widać zalążki logiki. Jest więc zaułek przekupek z papajami, salakami i fasolkami, uliczka handlarzy ryb, alejka rzeźników krów i oprawców kurczaków (na próżno szukać wieprzowiny w tym praworządnym, muzułmańskim miasteczku), kąt cieśli, dział garncarzy i stoiska handlarzy chińskim badziewiem. Na tyłach, z dala od drogi dojazdowej stoją stragany ze zwierzakami. Głównie ptakami. Azjaci uwielbiają ptaki.

Przyglądałam się zwierzętom z tym bezsilnym smutkiem i idiotyczną nadzieją, że ograniczyli się tylko do najpospolitszych ptaków, jakby ich cierpienie było mniejsze niż tych rzadszych cudów tropikalnych dżungli. Nierozłączki, kanarki, parchate gołębie, kilka gatunków najpospolitszych bilbili, jeden sponiewierany zielennik… i sowy. W tradycyjnej, być może uroczej, ale okrutnie ciasnej klateczce siedziały sowy. Skulone, bure, nastroszone syczki.

– O, Anna, widzę, że byłaś na naszym bazarze? – zagadał uprzejmie szef, widząc, jak taszczę malownicze siatki zielska, warzyw i owoców. – Zuch dziewczyna! Zaczynasz żyć jak my!

– Yyyyy…. może…. widziałam sowy! Nie wiedziałam, że na byle bazarze można u was kupić sowy!

– Oh, Anna. Sowy bardzo modne ptaki. Mądre. I modne. Ale tu to nic… ile razy mam ci mówić, żebyś pojechała na Splendid w Malang? Spodoba ci się! Jedź! Kup coś fajnego do zoo, jak zobaczysz!

Pasar Burung Splendid Market – największy targ ptaków w Malang. Słyszałam o nim, odkąd przyjechałam do Batu. „Musisz zobaczyć!”, „Niesamowite miejsce!”, „Będzie ci się podobać!”, „Splendid jest splendid!!!”… „Nie jedź! To straszne miejsce! Będziesz płakać!”.

Wiedziałam, czego się spodziewać. I długo się broniłam. Ostatecznie i tak zwyciężyła ciekawość.

Pasar Burung Splendid Market znajduje się tuż obok Central Pasar Besar Market, w samym centrum miasta, w samym sercu handlu i konsumpcyjnej rozpusty. Zakupoholizm, ulubiony nałóg Jawajczyków. Burung znaczy ptak i to właśnie ptaki są najliczniejszymi ofiarami tego miejsca. Trudno się dziwić. Azjaci uwielbiają ptaszki. Takie są ładne, żywe i zabawne, gdy miotają się po swoich klateczkach. Takie słodkie i romantyczne, gdy krzyczą i gwiżdżą desperacko w swoich ciasnych celach. Urocze. Kolorowe. Tanie! Tanio kupisz! Tanio utrzymasz! Naparstek wody, pół banana i nawet kilka miesięcy pożyje. A jak nie… to kupisz następnego. I tak wszystkie są takie same. Ah, te ptaszki! Poza tym szczęście ci przyniosą! W miłości, w pracy, w domu, w biznesie! Ptaszki w klatkach są wszędzie. Od południowej Tajlandii, przez Malezję, po Jawę, maleńkie klateczki z przerażonymi nektarnikami i muchołówkami wiszą wszędzie. W prywatnych domach, w restauracjach, jadłodajniach, sklepach, warsztatach, hotelach, motelach, na stacjach benzynowych… W nielicznych parkach i ogrodach, i na poboczach chronicznie zakorkowanych ulic metropolii. Są wszędzie.

Zgodnie z elementarną zasadą wolnego rynku – jest popyt, jest podaż.

Azję południowo-wschodnią charakteryzuje bardzo wysoka gęstość zaludnienia, a drobne ptaszki – wysoka śmiertelność, więc to bardzo duży popyt i bardzo wysoka podaż. Burung Splendid Market odzwierciedla to z bezkompromisową brutalnością. Malownicza uliczka łącząca brzegi brudnej, zaśmieconej, lecz wciąż urokliwej rzeki płynącej dnem głębokiego wąwozu jest zastawiona klatkami. Przybite do ścian, zwisające spod okapów, rozstawione na półkach i prowizorycznych stelażach, ustawione na ziemi w wielokondygnacyjne, chwiejne piramidy. Tu bazarowy smród i zgiełk mieszają się z odorem kurnika i jazgotem tysięcy ptaków. Wybór jest przerażający. Dopiero tu staje się oczywiste, dlaczego w Batu ani Malang praktycznie nie ma dzikich ptaków. To nie szczury i koty czy brak parków i drzew. Nie chińskie restauracje. Nikt ich nie upolował. Nikt ich nie zjadł. Siedzą tutaj. Te najpopularniejsze – mniszki i szlarniki – upychane są w klatki na gęsto. Niemal do oporu. Po kilkadziesiąt ptaszków na kilku żerdkach. Złapać to później łatwiej, bo niby gdzie i jak ma uciekać? Może też nie rozbija się jak głupie po klatce, bo na dobrą sprawę nie ma jak rozłożyć skrzydeł… a jak już spadnie na dno klatki… no cóż… mały ptaszek – mała strata. Gołąbki zebrowane nie mają lepiej. One również są relatywnie pospolite, więc bezwartościowe. Ofertę niskobudżetowych ptaków zamykają uliczne gołębie, mazurki (tak, te same co w polskich żywopłotach) i majny brunatne – ani nie wyglądają wdzięcznie, ani nie śpiewają ładnie, ale latały, więc wyłapali. Jest też oczywiście zaułek kanarków i alejka nierozłączek. Poza nimi można jednak spotkać w Burung Market ptaki, o których niejeden ornitolog czy zapalony obserwator przyrody marzy, zapuszczając się w tropikalne lasy. Maleńkie nektarniki (z absurdalnym uporem żywione przez handlarzy bananami), muchołówki, wilgi, sójki i drozdy – wszystkie kolorowe jak papugi; kruki, zimorodki, krogulce, puchówki i syczki. Kaczki, gęsi i kurczaki też się znajdą. Któregoś dnia natknęliśmy się na dwa szpaki czarnoskrzydłe. Skrajnie zagrożone wyginięciem ptaki, których kilkadziesiąt par skradziono w tym roku z Cikananga Wildlife Centre, ośrodka koordynującego program ochrony i rozmnażania tego gatunku w niewoli. Ani złodzieje, ani handlarz nie zadali sobie nawet tyle trudu, by zdjąć szpakom obrączki.

Nie tylko ptaki można w krzakach złapać i przehandlować. Zdarzają się na rynku cywety na smyczy, ryjonosy na sznurakch, koty bengalskie – śliczne i półdzikie kocięta, makaki – przerażone, łyse sierotki z obrożami na szyi, wciśnięte w kąt ptasiej klatki, nietoperze owocowe w klatkach tak niskich, że nie mogą swobodnie zawisnąć pod sufitem, nawet nie marząc o rozłożeniu skrzydeł. Czym w tym wypadku są drastycznie przerybione akwaria w rybnej części targu czy bojowniki syjamskie przybite do drzwi sklepu w maleńkich foliowych woreczkach?

W Indonezji nie hoduje się ptaków tych dzikich, lokalnych. Facebook, skutery, galerie handlowe, mydło, szczepionki, powszechny dostęp do internetu… mimo zatarcia wielu różnic pomiędzy Indonezją a krajami Zachodu szybka poprawa warunków życia i postęp gospodarczy nie przełożyły się na wzrost świadomości ludności i chociaż Jawajczycy coraz częściej jeżdżą autostradami, latają samolotami, surfują po „necie”, to wciąż tkwią w mentalnym średniowieczu opartym na dzikiej, rabunkowej gospodarce zasobami naturalnymi. Bez względu na to, czy są to ptaki, drewno, nosorożce, tuńczyki, czy tygrysy, ważne jest tu i teraz. Złapać, zabić, ściąć, zarobić. Postęp techniczny i pieniądze dostarczają coraz skuteczniejszych narzędzi do plądrowania coraz mniejszych i bardziej wrażliwych enklaw dzikiej przyrody, a zachłyśnięci radosnym zarabianiem pieniędzy handlarze nie zorientowali się jeszcze, że czasy, gdy można było bezkarnie brać, już dawno minęły.

– Ma pan więcej tych ptaków? – zapytałam sprzedawcę szpaków czarnoskrzydłych z desperacką myślą, by wykupić wszystkie i odesłać do Cikananga Wildlife Centre.

– A ile byś ich chciała?

– Pytam, ile masz?

– A ile masz pieniędzy?

– Wystarczająco.

– Masz pieniądze, to i ptaki się znajdą.

Splendid Burung Market. Tylko koniec produkcji – wymarcie – wyznacza koniec podaży.


Autor:
lek. wet. Anna Bunikowska

 

Przejdź do następnej strony

Nasi klienci