ZNAJDŹ WETERYNARZA

wtorek, 17 Październik 2017 Wersja beta
Zobacz:
stomatologianews

Schronisko w „raju na ziemi”

31Zawsze chciałam podróżować. Odkąd pamiętam. Oczywiście przedszkolak pragnący zrealizować takie marzenia rozbija się o mur prawnych niemożliwości i frustrujące rozbawienie dorosłych; sytuacja ucznia gimnazjum nie wygląda dużo lepiej, licealista terroryzowany jest imperatywem celującego zdania matury i nieustannej niewydolności finansowej. Studia – w końcu upragniona wolność i TRZY miesiące wakacji, które szybko stają się zbyt krótkie. Po studiach już tylko praca, dorosłość, odpowiedzialność, kredyt na mieszkanie i raty aż do emerytury… Nie wzięłam kredytu na mieszkanie. W 2 lata po odebraniu dyplomu, z bijącym sercem i duszą na ramieniu, kupiłam bilet na koniec świata, po czym zrezygnowałam z pracy, wyprowadziłam się z pokoju na Mokotowie, spakowałam swój mizerny dobytek i pożegnałam się z życiem w Warszawie. To było dobre życie, może nie ideał ze snów, ale nie było złe. Było moje, znane, oswojone, przewidywalne.

Koniec świata w moim wypadku znajdował się w Bangkoku, a pierwszym etapem „wielkiej podróży” było schronisko dla zwierząt na tajskiej wyspie Lanta.

WAKACJE W PRACY

Kto jedzie na wakacje, żeby pracować za darmo w kraju trzeciego świata, gdzie tylko bród, smród, nędza, gorąco i malaria? Wielu ludzi. Zaskakująco wielu. Altruistyczne potrzeby obywateli „bogatej północy” były inspiracją dla wykreowania nowej gałęzi turystyki, jaką są płatne wolontariaty na całym świecie. Wystarczy zapłacić, zwykle absurdalną sumę, by przez tydzień lub dwa niańczyć lwiątka, myć słonie, przytulać orangutaniątka… ewentualnie budować szkoły lub uczyć dzieciaki angielskiego. Smutne to i przerażające, choć może nadanie ginącym gatunkom wartości rynkowej nieco innej niż cena futra w pewnym stopniu przyczynia się do ich ochrony. Zarówno ja, jak i mój przyjaciel (bo nie byłam na tyle odważna, żeby rzucić wszystko i pojechać w świat sama) uważamy jednak, że płacenie za możliwość bezpłatnej pracy jest kuriozalną koncepcją i nie zwariowaliśmy jeszcze na tyle, by brać w tym procederze udział.

 

Dlaczego wybraliśmy schronisko Lanta Animal Welfare? Tak… z moich altruistycznych potrzeb „zbawiania kotów tego świata”. I z ciekawości, bo bardzo chciałam zobaczyć, jak wygląda praktyka weterynaryjna w takiej np. Tajlandii, strefie zwrotnikowej, gdzie palmy, małpy, dzioborożce. Z marzeń, aby choć raz być doktorem Dolittle i pracować, myśląc tylko o chorym zwierzęciu, a nie trudnej komunikacji z właścicielem i akrobatycznych kompromisach pomiędzy najlepszą terapią a jej szacowanym kosztem i czasem. To było bardzo, bardzo naiwne marzenie.

LAW STORY

Lanta Animal Welfare znajduje się na wyspie Lanta, która, jak większość tajskich wysp, uzurpuje sobie tytuł „raju na ziemi”. Organizacja oferuje darmowe zakwaterowanie kilkadziesiąt metrów od plaży i nie wymaga żadnych opłat za możliwość wolontariatu. Kilka miesięcy wcześniej pracował tam mój kolega i czas ów wspominał pozytywnie. Nie zastanawialiśmy się więc długo, bycie lekarzem weterynarii w raju na ziemi wyglądało na dobry początk naszej „weterynaryjnej wyprawy dookoła świata”.

 

LAW jest charytatywną organizacją niosącą pomoc zwierzętom, których egzystencja na wyspie Lanta odbiega od standardów życia w raju na ziemi. Zwierząt takich jest wiele.

W tym „kameralnym” schronisku rezyduje ok. 30 psów, w większości adoptowanych przez turystów i czekających na podróż do zimnej Europy, oraz ponad
20 kotów. Koty bezapelacyjnie rządzą parkingiem i recepcją. Codziennie obłaskawiają tłumy zwiedzających możliwością podrapania za uchem tajskiej piękności. Psy rezydują na tyłach ośrodka, praktycznie całe dnie spędzając na dużych wybiegach, regularnie wyprowadzane na spacery po plaży – to również atrakcja dla zwiedzających. Schronisko jest królestwem wolontariuszy, lekarze weterynarii zapuszczają się tam tylko z okazji wizyt własnych pacjentów, nagłych wezwań spanikowanych opiekunów, leczniczych kąpieli, aplikacji spot-onów i regularnych przeglądów zdrowia całego towarzystwa. Czyli bardzo często.

Wolontariusze karmią, poją, szorują klatki, wyprowadzają na wybiegi i spacery, sprowadzają do boksów, uciszają, zabawiają i „socjalizują”. Każdy przebywający dłużej niż kilka tygodni dostaje pod opiekę jednego konkretnego psa, z którym zobowiązany jest spędzać jak najwięcej czasu. W międzyczasie oprowadza wycieczki turystów, sprzedaje koszulki, wyłudza darowizny oraz leczy kaca i/lub poparzenia słoneczne. W trakcie swoich 6-godzinnych dyżurów wolontariusze mają dużo pracy i – choć to zawsze lekarzy weterynarii stawia się w glorii chwały jako cudotwórców i wybawicieli – bez armii wolontariuszy LAW nie miałoby racji bytu. Obiektywnie trzeba też przyznać, że jak na kundle ze schroniska dla zwierząt, psy z LAW mają relatywnie dobre życie, choć wszystkie cierpią na nadwagę i przysięgam, lekarze weterynarii są w obliczu tej epidemii bezradni. W końcu to „takie biedne samotne pieseczki, nałożę mu przynajmniej garść więcej, niż zapisano”.

 

Koty jak to koty. Mają dla siebie cały dom i tropikalne słońce, każdy ma swój kocyk, półeczkę, miseczkę, każdy ma swojego wielbiciela, wroga i przyjaciela oraz aż nadto rąk do głaskania. Gdyby nie dręczący je regularnie koci katar, miałyby swój raj na ziemi.

 

Lekarze weterynarii rezydują w klinice, z założenia mającej być punktem bezpłatnych szczepień i sterylizacji, jednak z racji tego, że jest jedyną lecznicą w promieniu 60 km (i dystans ten zawiera w sobie dwie przeprawy promowe), przyjmujemy tak zwane „wszystko”. Trzeba przyznać, że wśród kotów bezapelacyjnie królują koci katar i grzybice skóry, a wśród psów wyraźnie wybijają się pasożyty krwi i świerzb. Częstą i spektakularną w objawach „lokalną atrakcją” jest zatrucie środkami fosfoorganicznymi oraz muszyce ran. Żeby nigdy nie dopadła nas nuda, pracę lecznicy wspiera Kenneth, Norweg na niekończących się wakacjach, patrolujący Lantę z bronią Palmera na ramieniu i regularnie dowożący nam nowe ofiary do sterylizacji. Liczba przeprowadzanych dziennie sterylizacji i kastracji jest bardzo zmienna, zwykle wykonuje się od kilku do kilkunastu operacji dzienne.

KOCIE PIEKŁO…

Weterynaryjny świat LAW zamyka się w obrębie dwóch gabinetów, sali operacyjnej, szpitala i izolatki. Gabinety zaprojektowane były z myślą o leczeniu kotów przez rodowitych, drobnych i niewysokich Tajów. W każdym z nich mieści się stół, na którym można postawić kota. Pozostała wolna przestrzeń przy odrobinie wysiłku i wąskich biodrach pozwala zmieścić się lekarzowi weterynarii i jednemu z właścicieli. Tak zorganizowany gabinet wymusza budzący zaufanie bliski kontakt z właścicielem, skraca do niezbędnego minimum czas wizyty i przeprowadzonych rozmów (aczkolwiek rozmowy nigdy nie są długie, angielszczyzna większości Tajów jest na poziomie mojej znajomości języka tajskiego) oraz uniemożliwia kotom ucieczki. Choćby się starały, naprawdę nie ma gdzie uciekać. Jedyną wadą tych boksów przyjęć jest fakt, że zaraz po zamknięciu drzwi kończy się zapas tlenu. Pacjentów z psami przyjmuje się w recepcji. Turyści czekający na wycieczkę po ośrodku dostają dodatkowe show.

Zanim jednak dotrzemy do gabinetów, każdy dyżur zaczynamy od obchodu stacjonarnych pacjentów „recovery” i izolatki. Położona poza głównymi zabudowaniami LAW izolatka jest, trzeba to uczciwie napisać, miejscem zsyłki i katorgi. To oddział zakaźny ofiar kociego kataru, które w marcu na Lancie można liczyć w tysiącach.

 

Tajowie uwielbiają koty. Im więcej pałęta się ich wokół domu, tym lepiej. Najlepiej gdy są malutkie. A szybkiej rotacji malutkich, świeżutkich kociąt sprzyjają niesterylizowane matki i brak jakiejkolwiek profilaktyki. Dlatego też w marcu tego roku bodaj 95% kocich pacjentów stanowiły ofiary herpes- lub kaliciwirusa. Najcięższe, powikłane lub permanentnie zaniedbywane przypadki trafiały do izolatki. Nie sposób było zamknąć tam wszystkich chorych kotów. Po pierwsze, potrzebowalibyśmy hangaru na airbusa, a nie baraku z blachy falistej, w którym liczba lokali była bardzo ograniczona. Po drugie, barak z blachy falistej, jakkolwiek w cieniu wielkiego drzewa, w południe zamieniał się w piekło, więc o ile kot rokował jakiekolwiek szanse przeżycia, lepiej było dać mu na to szansę pod opieką niefrasobliwego właściciela.

 

Praktycznie wszystkie koty walczyły o życie za pomocą prednizolonu i enrofloksacyny, w przypadkach niereagujących – marbofloksacyny. Nie mieliśmy możliwości zrobić posiewu ani tym bardziej antybiogramu z kocich smarków i plwocin, ale nic innego nie działało. I tak, mimo moich wyrzutów sumienia i nieustannych obiekcji, enrofloksacyna trafiała pod skórę małych kociąt.

 

Zdarzają się na Lancie krótkołape koty z okropnym zgryzem. Sami w ciągu naszego pobytu wyhodowaliśmy takiego zdeformowanego szaraka. Czy było warto? Nie wiem. To punkt wyjścia do debaty nad wartością życia samego w sobie i jakością ocalonej siłą egzystencji. W mentalności Tajów eutanazja to niedopuszczalna zbrodnia i zwierzęta muszą znosić swój los aż do śmierci. Polityka schroniska opiera się na poszanowaniu przekonań właścicieli.

 

Aby nie roznosić herpesowej zarazy po świecie, wszyscy wolontariusze zobowiązani byli przy wejściu do izolatki zamienić swoje buty na służbowe gumiaki i odziewać się w każdorazowo dezynfekowany wybielaczem fartuch wielorazowego użytku w postaci worka na śmieci z dziurami na ręce i głowę. Była to nowowprowadzona taktyka. Ciężko ocenić, czy spowodowała zmniejszenie zachorowalności wśród naszych kotów. Zjednoczyła za to wszystkich pracowników schroniska w walce z grzybicą stóp i spowodowała raptowny wzrost zużycia kremu z ketokonazolem. Próba ograniczenia liczby przypadków kociego kataru wśród naszych schroniskowych kotów była zaszczytna, lecz skazana na porażkę. Abstrahując od faktu, że większość z nich kiedyś już herpeswirozę przechorowało, a wśród nich znaczny odsetek jest dodatkowo FIV lub FeLV lub FIV i FeLV pozytywnych – nasze koty uwielbiały przesiadywać pod drzwiami izolatki, skakać po dachu i wciskać nosy we wszystkie możliwe szpary w ścianach i framugach okien. Wdychać zatęchłe izolatkowe powietrze, wsadzać przez kraty łapki, gadać z zamkniętymi wewnątrz zesłańcami. Robiły wszystko, żeby tylko się zarazić. Skutecznie.

… I KLIMATYZOWANE NIEBO

Często znacznie bardziej optymistycznym, a z pewnością bardziej zróżnicowanym miejscem było „recovery” – niewielkie pomieszczenie wewnątrz LAW, gdzie w obskurnych, lecz tanich w budowie i łatwych do dezynfekcji klatkach zdrowiało wszystko, czego nie dotknął koci katar. Tu trafiały wszystkie rany cięte, kłute, kąsane i szarpane, grzybice, muszyce, wypadnięcia pochew i odbytów, wrzody rogówek, zapalenia spojówek, niewydolności krążeniowo-oddechowe, ropnie, złamania, zatrucia, wymioty, biegunki, zaparcia, pacjenci po operacjach niesklasyfikowanych jako „chirurgia jednego dnia”… wszystko. To była dobra sala. Tu nasza praca miała sens. Zwierzaki zdrowiały zaskakująco często. Czasami mimo wszystko.

 

Na końcu korytarza, za wielkimi przeszklonymi drzwiami znajdowało się serce kliniki – sala chirurgiczna. „Miejsce, gdzie dzieje się magia”, jak mówił zwykle Chris, oprowadzając wycieczki. Turyści mówili „oh!”, a jeśli na stole leżał jakiś pacjent, każdy zwiedzający usiłował zajrzeć w pole operacyjne. Może chcieli zobaczyć krew i „flaki”…, ale LAW również startuje w nieoficjalnym, widać międzynarodowym, konkursie na „sterylizację przez najmniejszą dziurkę”, więc oprócz haczyka zwykle nic nie było widać.

 

Jedna z turystek zapadła nam szczególnie w pamięć, i wbrew kobiecej solidarności oraz własnym spłowiałym włosom, muszę przyznać – to była blondynka. Grupa zwiedzających napadła nas, gdy kończyliśmy z Tomaszem robić sekcję zwłok zimorodka. Na tym etapie rozłożony był już niemal na części pierwsze.

 

– A to miejsce, gdzie dzieje się magia – oświadczył Chris, bodajże szósty raz tego dnia.

Turyści gromadnie władowali się do sali i zajrzeli, co się dzieje na stole.

– Oh! Papużka? – zapytali, a my wyjaśniliśmy im, że jednak zimorodek. Tomek w przypływie edukacyjnego entuzjazmu zaprezentował im dwie krwawe grudki leżące na stole – serce i żołądek.

– Oh! – powiedziała urocza blondynka. – Ale on z tego wyjdzie, prawda?

„Recovery” to była przyjemna sala. Pełna sprzętów, o których istnieniu wiedział tylko dr Tej (tajski lekarz, sprawujący nadzór i opiekę nad lecznicą LAW), i jego kreatywnych wynalazków. Sterylizatory zaadoptowano z szybkowarów albo innych kuchennych sprzętów do gotowania obiadów. Wózek inwalidzki zmontowano z rurek PCV i kółek od starej walizki. Wspomniana już wcześniej broń Palmera – zmontowana z rurek, zaworów i kolanek – była jednostrzałowym, pneumatycznym dowodem hydraulicznego geniuszu doktora (a później i Tomasza). Część materiałów opatrunkowych pamiętała czasy II wojny światowej.

 

Mieliśmy jednak sensowny zestaw leków. Mikroskop. Niezłą bibliotekę. Internet. A nawet klimatyzację! W Tajlandii jest ona prawdziwym zbawieniem i wyznacznikiem luksusu. Zepsuła się ona jednak tuż przed naszym przyjazdem, a naprawa trwała 2,5 tygodnia. Nie była to poważna awaria. Po prostu załatwienie czegokolwiek trwa tutaj kilkadziesiąt razy dłużej niż w Europie. Tajowie się nie śpieszą, a jeśli usiłujemy ich pośpieszyć – obrażają się i strajkują, „pracując” jeszcze wolniej, zbliżając się do granicy absolutnego nicnierobienia. My przez ten czas pracowaliśmy w temperaturze oscylującej pomiędzy 35°C a 40°C. Pot zalewał oczy nasze i pacjentów. Co prawda, mieliśmy jeden przydziałowy, zbawienny wiatraczek, jednak chłodzenie się wiatrakiem w czasie operacji w sali, gdzie czystość jest nieosiągalnym ideałem, a sterylność zastąpiono „robieniem wszystkiego, co w naszej mocy”, nie było dobrym pomysłem. Poza tym, zwykle któryś z pacjentów potrzebował go bardziej niż my.

DZIEŃ JAK CO DZIEŃ

Lekarze weterynarii zaczynają pracę
o 9 rano, jednak każdy nowy dzień wdziera się do naszej zaspanej świadomości już o 5, wraz z jękiem muezina, dobiegającym z pobliskiego meczetu, oraz z wyciem psów, chóralnie jego pieśni odpowiadającym. Poranną kakofonię przerywa wolontariusz z nocnego dyżuru, którego głównym zadaniem jest właśnie uciszanie psów. O ile turyści z okolicznych hoteli lubią wpaść do nas na wycieczkę albo porwać jakiegoś sierściucha na spacer po plaży, to jednak stadne ujadanie o 6 rano nie spotyka się nawet z cieniem zrozumienia wczasowiczów w raju na ziemi.

 

Dyżur trwa oficjalnie do godziny 17, co w praktyce rzadko udawało się osiągnąć, ponieważ, jak chyba na całym świecie, właściciele wszystkich zasmarkanych kotów przypominali sobie o naszym istnieniu zwykle za pięć 17. Gdy jednak udało się już oddelegować ostatnich pacjentów, podręczyć izolatkowe ofiary wieczorną porcją leków, umyć wszystkie narzędzia, posprzątać, dopisać do listy niezbędnych zakupów kolejne preparaty, znaleźć zgubione lub zgubić wypełnione karty pacjentów i ostatecznie zamknąć drzwi gabinetu… nie, nie byliśmy wolni i po pracy. Ktoś zawsze musiał być pod telefonem alarmowym.

W LAW zwykle pracuje jednocześnie 2-
3 lekarzy, nadzorowanych przez dr. Teja. Oczywiście rzadko zdarza się, by ktoś po 8 godzinach pracy w 40-stopniowym upale pałał chęcią wzięcia nocnego dyżuru telefonicznego. W końcu jesteśmy na rajskiej wyspie, gdzie co noc w jakimś klubie „full moon party”, „half moon party”, „beach party” i inne party. Chce się wyjść, potańczyć, popływać nocą w oceanie, wypić kilka integracyjnych drinków z wolontariuszami. Dlatego też emergency phone jest swego rodzaju „gorącym ziemniakiem”, którego każdy chce się pozbyć. Na szczęście nocne wezwania nie zdarzają się zbyt często, a gdy już się zdarzą, są zdecydowanie ciekawsze niż tajskie „beach party”. Imprezy na Lancie są zdecydowanie przereklamowane.

 

Nasze dni w LAW kończyły się zwykle ucieczką na plażę i nurkowaniem nad umierającą, lecz wciąż fascynującą rafą aż do zachodu słońca. Szliśmy na spacer. Wracaliśmy z kiścią małych pysznych bananów za równowartość 2 złotych albo ananasem na kolację. Wieczór rozpoczynaliśmy od zaczadzenia pokoju oparami spirali przeciwko komarom. Komary umierały. Mrówki patrolujące podłogę i ściany były niezniszczalne. Podobnie karaluchy, które wykazywały jednak wrażliwość na miażdżenie klapkiem. Po suficie z piskiem, miauczeniem i skrzeczeniem ganiały gekony. Gekonów nie krzywdziliśmy. Rozstawialiśmy wiatraki tak, aby mieć złudzenie ruchu świeżego powietrza. I szliśmy spać.

A o 5 znów budził nas śpiew z minaretu. I wycie psów.

Autor:

lek. wet. Anna Bunikowska

 

Przejdź do następnej strony

Nasi klienci