ZNAJDŹ WETERYNARZA

niedziela, 17 Grudzień 2017 Wersja beta
Zobacz:
stomatologianews

Tygrys, pyton i wszechobecne żółwie

20140313-_MG_7269

Fot. Olga Dudek

Z lek. wet. Aleksandrą Malutą, specjalistą chorób zwierząt nieudomowionych i właścicielką Specjalistycznej Przychodni Weterynaryjnej Szpitala Zwierząt Egzotycznych OAZA w Warszawie rozmawia Michał Chojnacki.

Dlaczego wybrała Pani akurat zwierzęta egzotyczne?

Jako dzieciak zawsze miałam w domu jakieś żaby, żółwie, papużki. I nikt nigdy nie potrafił im pomóc. Co więcej, moi starsi koledzy po fachu często im nawet szkodzili, mimo najlepszych intencji. Znając się na psach i kotach, nie wiedzieli, jak leczyć zwierzęta egzotyczne. Przez wiele lat ten rynek funkcjonował u nas „w podziemiu”. Nawet dzisiaj często jest tak, że hodowcy sami próbują pomagać swoim pupilom, leczą je, zamiast przyjść do lekarza.

Od początku była Pani przekonana, że chce się specjalizować właśnie w tej dziedzinie?

Idąc na studia, wahałam się, zastanawiałam jeszcze nad leczeniem koni, odbywałam nawet praktyki w stadninie w Michałowie. W pewnym momencie stwierdziłam, że może jestem za mała, zbyt delikatna do leczenia tych zwierząt (śmiech). Wtedy egzotyki zaczęły brać górę. Jednak pasja do koni arabskich ciągle we mnie jest.

Jak różni się na co dzień praca lekarza specjalizującego się w zwierzętach nieudomowionych od tej, której podejmuje się leczący głównie psy i koty?

Przede wszystkim w pracy ze zwierzętami egzotycznymi spotykamy się z całą masą zupełnie różnych gatunków, pochodzących z różnych miejsc na świecie. Teoretycznie wiemy, jak żywić psa czy kota, zostały tutaj ustalone pewne standardy. Inaczej w przypadku zwierząt egzotycznych.

Poza wiedzą medyczną bardzo potrzebna jest znajomość warunków utrzymania, pochodzenia tych zwierząt. To wszystko przekłada się potem na ich kondycję, na stan zdrowia.

Czy właściciele zwierząt egzotycznych różnią się od właścicieli psów i kotów?

Wygląda to bardzo różnie. Istnieją pasjonaci zwierząt egzotycznych, podobnie jak istnieją pasjonaci psów i kotów. Mają oni dużą wiedzę na temat swoich podopiecznych, potrafią właściwie się nimi opiekować. Często jednak posiadanie tego typu zwierzęcia to przypadek, wynik panującej mody. Wystarczy, że w telewizji pokazany zostanie jakiś celebryta, który kupił sobie małpkę i małpki stają się popularne. Pamiętam, że kiedy wiele lat temu emitowana była pierwsza edycja programu „Big brother”, pojawił się w nim legwan. „Wymiotło” wtedy legwany ze wszystkich sklepów Warszawy. Potem chorowały na potęgę, umierały i w ten sposób się to skończyło.

Na początku mojej praktyki wiedza ludzi o zwierzętach egzotycznych była minimalna. Nie było literatury fachowej, dostęp do internetu miało niewielu. W tej chwili „wujek” Google jest w stanie podpowiedzieć bardzo wiele. Nie każdy jednak potrafi filtrować dane, a musimy pamiętać, że w sieci jest mnóstwo nieprawdziwych informacji.

Właścicielom psów i kotów zwykle łatwo zauważyć, że coś złego dzieje się z ich pupilem. Jak to wygląda w przypadku zwierząt egzotycznych?

Niestety, właściciele często przychodzą do nas za późno. Pamiętajmy, że są to zwierzęta dzikie, nieudomowione. Nawet jeśli trzymamy je w domach jako zwierzęta towarzyszące, to one cały czas mają atawistyczne zachowania. Nie pokazują, że są chore, słabsze, bo wtedy odkryłyby się na atak drapieżnika. Między innymi dlatego ich właściciele mają naprawdę spory problem, aby zauważyć, że coś jest nie tak. Najbardziej problematyczne są gady, które nie wokalizują i wykazują najmniej objawów zewnętrznych tego, co się z nimi dzieje. Nie muszą jeść codziennie, więc jeśli wąż nie zjadł jednego dnia, to właściciel nie zwraca na to uwagi. Tymczasem w przypadku psa lub kota byłby to dla niego wyraźny sygnał.

20140313-_MG_7226

Fot. Olga Dudek

Co jest najważniejszym elementem badania, kiedy zwierzę pojawia się już u Pani?

Absolutną podstawą jest oczywiście wywiad. Blisko 80% chorób i problemów, z jakimi przychodzą do nas właściciele, wynika z niewiedzy i związanych z nią błędów pielęgnacyjnych. Często jest tak, że właściciele nie potrafią udzielić spójnej odpowiedzi, odpowiadać wprost – na to samo pytanie, zadane na dwa różne sposoby, podają sprzeczne informacje.

Na przykład w przypadku gadów bardzo skomplikowany jest system oświetlenia terrarium, niezbędny, aby dobrze się czuły i prawidłowo funkcjonowały. Właściciele często nie wiedzą, jakiej mocy żarówkę zainstalowali, czy zaszkodzi ona, czy pomoże w przypadku konkretnego gatunku zwierzęcia. Niezwykle ważna jest też suplementacja, natomiast właściciele często „coś tam dają”, jeśli akurat sobie o tym przypomną.

Brała Pani udział w akcji „Nie kupuj zwierząt z przemytu”. Jak bardzo potrzebne są takie działania?

Jeszcze 10 czy 15 lat temu przemyt był bardziej widoczny. Jednak handel zwierzętami egzotycznymi wciąż nie jest do końca kontrolowany. Jesteśmy w strefie Schengen, więc gady, ptaki i inne jeżdżą sobie w Europie w różne kierunki i nikt do końca nie wie, ile sztuk przekracza granice. W Europie są wielkie giełdy, na których każdy szanujący hodowca musi zawitać przynajmniej raz w roku, żeby zobaczyć, jakie pojawiły się nowości, jakie będą panować mody. Dlatego nie jesteśmy w stanie tego kontrolować. Natomiast zmiana ustawy o ochronie przyrody oraz to, że potrzebujemy świadectw pochodzenia zwierząt, w jakiś sposób zmusza sprzedawców, aby przynajmniej te zwierzęta, które są w sklepach, pochodziły z legalnego źródła.

Bardzo ważne jest uświadomienie ludziom, że jeśli wyjeżdżają na wakacje i spacerują sobie po bazarze, gdzie są małe kameleony czy żółwie, oferowane za śmieszne pieniądze, to przywóz ich do kraju będzie przestępstwem. Często nie mają oni świadomości, że je popełniają, a przy okazji biorą sobie na głowę duży kłopot. Myślą, że zwierzątko będzie chodziło po podłodze i wszystko będzie super, bo kiedy 20 lat temu Rosjanie sprzedawali żółwie na stadionie dziesięciolecia, to właśnie tak to wyglądało. Każdy miał w domu żółwia i było świetnie. A w rzeczywistości wcale nie było świetnie, na pewno nie dla żółwi.

Dzisiaj zwłaszcza droższe gady pochodzą z legalnych hodowli. Od kilku lat panuje moda na odmiany barwne, a to są zwierzęta wyhodowane w niewoli. Przyjeżdżają często z krajów, które w UE są już dłużej niż Polska i w których regulacje są bardziej restrykcyjne.

Czy lekarz, do którego zwraca się właściciel zwierzęcia egzotycznego, powinien włączyć się w proces kontroli?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Obowiązek kontroli hodowli i potwierdzenia pochodzenia tych zwierząt mają powiatowi lekarze weterynarii, dla których jest to niezwykłe wyzwanie przy całym ogromie gatunków, z którymi mamy do czynienia.

Obecnie ustawa nie przewiduje i nie nakłada takiego obowiązku na nas. I myślę, że w momencie, w którym zaczniemy kontrolować pochodzenie zwierząt, właściciele po prostu przestaną do nas przychodzić. Będą się bali, podając nam swoje dane do wpisania w kartę pacjenta, że skończy się to donosem. W efekcie odbyłoby się to ze szkodą dla samych zwierząt, bo nie byłaby im udzielana fachowa pomoc.

Co jest największą bolączką hodowli zwierząt egzotycznych w Polsce?

To, że ludzie kupują takie zwierzęta ze względu na modę, że często jest to wyłącznie wyraz snobizmu. Dotyczy to zwłaszcza małp czy szopów praczy. Nawet jeśli mają one duży kontakt z człowiekiem, to niekoniecznie powinny być zwierzętami domowymi. Małpy – jako zwierzęta stadne – w pewnym momencie dojrzewają i próbują dominować, a to rodzi poważne problemy zarówno dla nich, jak i dla właściciela.

Czy łatwo jest dziś zostać specjalistą zwierząt nieudomowionych?

Kiedy kończyłam specjalizację, to był pierwszy nabór. Było nas w sumie
23 osoby. Dopiero teraz kończy się druga specjalizacja, na którą nabór rozpoczął się po ośmiu latach od zakończenia poprzedniej. Musiała zebrać się odpowiednia grupa studentów i lekarzy.

Na pewno dzisiaj jest łatwiej niż zaledwie kilka lat temu. Mamy większy dostęp do wiedzy, do książek, do artykułów, pomocny jest również internet. Do tego dochodzi jeszcze możliwość udziału w kursach i konferencjach dotyczących leczenia zwierząt egzotycznych, które są coraz częściej organizowane.

Czy jest szansa na organizację w najbliższym czasie kongresu zwierząt egzotycznych w Polsce?

Oczywiście. Z doktorem Tomaszem Piaseckim z Wrocławia mamy taką idée fixe, żeby kongres zorganizować. Pierwsze ruchy zostały już poczynione. Rozmawiamy z różnymi wykładowcami, z autorami książek, które dla lekarzy zajmujących się zwierzętami egzotycznymi są prawdziwymi „bibliami”. Musimy znaleźć sponsorów i ustalić wszystkie szczegóły. Ważne, że zagraniczni wykładowcy nie mówią „nie”. Oni chcą przyjechać i współpracować z nami, podzielić się swoją wiedzą. Może już nawet w przyszłym roku uda się zorganizować taką imprezę.

Jakie byłoby zainteresowanie kongresem ze strony polskich lekarzy?

Myślę, że spore. W tej chwili na specjalizacji jest około 40 lekarzy, w większości ludzi młodych – 2-4 lata po studiach. Poza tym cały czas szuka się niszy, w której coś będzie można osiągnąć, i zwierzęta egzotyczne mogą być właśnie taką niszą. W dużych miastach znalezienie lekarzy, którzy się nimi zajmują, jest dziś możliwe, ale w mniejszych miejscowościach już niekoniecznie.

Jeśli przyjrzymy się naszej specjalizacji, to zauważymy, jak jest ona ogromna. Są lekarze, którzy zajmują się głównie ptakami, inni zaś fretkami, a jeszcze inni gadami czy na przykład strefą powiedzmy „gryzoniowo-króliczą”, która sama jest przeogromną dziedziną. Ja sama wiem o wiele więcej o gryzoniach i królikach niż przeciętny lekarz weterynarii, jednak przy koleżance, która zajmuje się tymi zwierzętami w naszej lecznicy, czuję się jak laik.

Czy lekarze, którzy chcą zajmować się zwierzętami egzotycznymi, muszą mieć do tego jakieś specjalne predyspozycje?

Dobrze by było, gdyby wcześniej mieli doświadczenie w chowie i hodowli takich zwierząt. To bardzo pomaga. Własne doświadczenia i obserwacje w domu bardzo mocno przekładają się później na wiedzę o tym, jak możemy pomóc pacjentowi. Na przykład niektóre zwierzęta w konkretnym okresie mają swój naturalny stan spoczynku, a młodzi właściciele często reagują wtedy paniką – zwierzę nie rusza się, nie je, więc na pewno jest chore. Dobrze zatem, jeśli człowiek, który chce zająć się tą dziedziną, pohoduje takiego czy innego zwierzaczka, poobserwuje, kiedy on je, w jaki sposób odpoczywa. Nauczy się przy okazji prawidłowego chwytania pacjenta, jego immobilizacji.

20140313-_MG_7258

Fot. Olga Dudek

Swego czasu odbywała Pani staż w Brnie u profesora Zdenka Knotka. Jaką drogę polecałaby Pani młodym lekarzom, którzy chcą zajmować się zwierzętami egzotycznymi?

Na pewno warto próbować za granicą. U wspomnianego przez Pana profesora Knotka organizowane są szkoły letnie. Myślę, że jest to rozwiązanie bardzo atrakcyjne dla studentów, zwłaszcza że koszt udziału to dla nich 150-200 euro, przy czym dla lekarzy wynosi on już ok. 2 000 euro.

Naprawdę warto zobaczyć, jak pracują specjaliści na Zachodzie. W Polsce ciągle dążymy do tego, aby osiągnąć tamtejszy poziom. Trzeba pamiętać, że nasz rynek zwierząt egzotycznych tworzył się dość późno i różnica pomiędzy nim a rynkiem na Zachodzie ciągle jest spora. Nie pod względem różnorodności gatunków zwierząt, ale pod względem ich liczby.

Czy staż w ogrodzie zoologicznym jest dobrym rozwiązaniem?

Niekoniecznie. Proszę pamiętać, że specyfika pracy w ogrodach zoologicznych jest zupełnie inna. Zwierzęta, które się w nich znajdują, zwykle nie trafiają do lecznic. Może poza sporadycznymi przypadkami wspomnianych szopów praczy, małp, fenków czy ostronosów. Tych zwierząt jest jednak stosunkowo mało.

Praca w ogrodzie zoologicznym będzie przydatna, jeśli chcemy zdobyć wiedzę ogólną i zobaczyć, jak funkcjonuje taka placówka od zaplecza. Jeśli zaś chodzi o praktykę kliniczną – niekoniecznie. Dla kogoś, kto chce przyjmować klientów „z ulicy”, którzy utrzymują zwierzęta egzotyczne, najlepszym rozwiązaniem jest zdobywanie doświadczenia w dobrze funkcjonującej klinice, w której pracują specjaliści z tej dziedziny, w której wykonywane są zabiegi, a nie tylko interna.

Jakie zwierzęta trafiają do lecznicy najczęściej?

Zdecydowanie żółwie. Lądowe – greckie, stepowe, lamparcie i wodne – czerwonolice. Najczęściej pojawiają się z miękkim pancerzem i opuchniętymi oczami, czyli po prostu klasycznymi objawami niedoborów pokarmowych.

Jaki jest Pani ulubiony pacjent?

Agama brodata, zwierzątko, które kilka lat temu zostało ogłoszone przez „Journal of Exotic Pet Medicine” ulubionym zwierzęciem egzotycznym roku. To naprawdę bardzo kontaktowa i przyjazna jaszczurka. Zdecydowanie nadaje się do trzymania w domu. Świetnie się oswaja i myślę, że można ją polecić jako zwierzaka dla początkujących, nawet dla dzieci, które chciałyby zacząć swoją przygodę z gadami.

20140313-_MG_7281

Fot. Olga Dudek

A jaki był najtrudniejszy?

Pyton siatkowany. Może nie był to najtrudniejszy przypadek, ale na pewno spore wyzwanie logistyczne. Wówczas był to największy pyton siatkowany w prywatnych rękach w Polsce. Miał ponad 5 metrów długości i ropień w pysku, który trzeba było usunąć. Na każdy metr węża przypadała jedna osoba do trzymania. Zabieg wykonywaliśmy w znieczuleniu miejscowym.

Ten pyton był też najbardziej niezwykłym pacjentem w Pani karierze?

Myślę, że nie. Kiedy jeszcze pracowałam w lecznicy mieszczącej się w budynku Miejskiego Ogrodu Zoologicznego w Warszawie, pewnego dnia przyszedł do nas ochroniarz z bramy ogrodu i zapytał, czy jesteśmy zajęci, ponieważ jego kolega chciałby przyjść z kotkiem. Po zoo wałęsało się wtedy sporo półdzikich, zaświeżbionych, chorujących na katar kotów. Z reguły przynosili je nam ogrodnicy, ukrywający przed dyrekcją zoo, że te koty ratują. Spodziewaliśmy się więc kolejnego takiego pacjenta. W końcu zapukał do nas jeden z opiekunów, który na jednej smyczy trzymał owczarka niemieckiego, a na drugiej pięciomiesięcznego tygrysa.

Badanie dużego kota wymaga pewnie dużej ostrożności?

Jeśli taki duży kotek machnie nagle łapą, to jest to zdecydowanie groźniejsze niż atak jakiegokolwiek dachowca.

Zdarzają się czasem mniej lub bardziej niebezpieczne sytuacje w pracy ze zwierzętami egzotycznymi. Dlatego bardzo ważne jest zaufanie do samego siebie, naszych możliwości, jak i do zespołu.

Jak widzi Pani przyszłość weterynarii zwierząt egzotycznych?

Myślę, że jest to fragment branży, który będzie się dynamicznie rozwijał. Jeśli weźmiemy pod uwagę zainteresowanie studentów konferencjami organizowanymi przez IVSA, to wydaje się być pewne, że wielu młodych ludzi, którzy właśnie kończą lub zaraz będą kończyć studia, będzie chciało zgłębiać wiedzę na temat zwierząt egzotycznych.

Przejdź do następnej strony

Nasi klienci