ZNAJDŹ WETERYNARZA

czwartek, 21 Wrzesień 2017 Wersja beta

Wydmuszka z kiwi

bunikowska_6Nowa Zelandia słynie z zachwycających widoków. Ośnieżone góry, granatowe fiordy, złociste plaże, lazurowe jeziora, gęste lasy. Tysiące wodospadów. Gejzery. Lodowce. Gorące źródła. Jaskinie. Kaniony. Nawet pastwiska wyglądają ładnie. Zwłaszcza pastwiska. Zielone takie. Niemal nienaturalnie zielone. Soczyste. Stoki pręgowane pasami trawersów. I puchate owieczki. Pastwiska odgrywają ogromną rolę w budowaniu mitu o pięknie krainy kiwi. Ostatecznie na Północnej Wyspie niewiele poza pastwiskami można zobaczyć. I lepiej nie szukać atrakcji zbyt głęboko, w końcu nikt nie chce mieć złych wspomnień z wakacji. Zwłaszcza w Nowej Zelandii.

KRÓTKA LEKCJA HISTORII BŁYSKAWICZNEGO WYMIERANIA

Przyroda Nowej Zelandii jest absolutnym cudem natury. Wyspy na końcu świata, od milionów lat odizolowane od stałego lądu falami oceanu. Zbyt dalekie, by dotarły tu ssaki (pomijając dwa gatunki niepozornych nietoperzy), niezasiedlone przez węże czy krokodyle. Świat nieznający drapieżników. Ptasia ziemia obiecana.

Odległe wyspy rządzą się odmiennymi od „kontynentalnych” prawami, pozwalając ewolucji na pozornie szaloną ekstrawagancję. Szaloną, lecz skutecznie i uparcie dążącą do jedynego liczącego się w przyrodzie celu – przeżycia i odchowania jak największej liczby potomstwa. Na wyspach pozbawionych lądowych drapieżników zwierzęta, zwykle drobne i szybkie, pozwoliły sobie na większe rozmiary ciała. Dlatego też ptaki zamieszkujące wolną od niebezpieczeństw Nową Zelandię z upływem setek tysięcy lat utraciły zdolność lotu, powoli przeistaczając się w bandę zoologicznych osobliwości obejmujących: największego ptaka na świecie – ponad 3,5-metrowego moa, ogromną gęś, najcięższą (4 kg) papugę ziemi – kakapo, ogromnego chruściela takahe i pozbawiony skrzydeł symbol wysp – kiwi. Istoty w niezwykły sposób wypełniające stworzone w ekosystemie nisze ekologiczne przeznaczone dla dla dużych przeżuwaczy i pomniejszych roślinożerców. Drapieżnikiem szczytowym pozostawał orzeł haasta, również największy na świecie.

Dramat nowozelandzkiej przyrody rozpoczął się w XIII wieku, kiedy to Aotearoa (Kraina Długiej Białej Chmury) została odkryta i zamieszkana przez Maorysów. Maorysi, oprócz poetyckiej nazwy, obdarowali wyspy szczurami, psami, gospodarką rolną wspomaganą wypalaniem lasów oraz zamiłowaniem do polowań i konsumpcji drobiu. Dziewięć gatunków ptaków moa odeszło do historii ewolucji, natychmiast pociągając za sobą zagładę imponujących orłów, nagle pozbawionych łupu sensownych rozmiarów. Chwilę później do wymarłych dołączyła takahe z Północnej Wyspy, nielotna porcja rosołowa dla całej rodziny. Wybiwszy najwrażliwsze gatunki, Maorysi przystąpili do gospodarowania nowo podbitą ziemią w sposób dziś określany w Nowej Zelandii jako ekologicznie świadomy, rozważny i pełen szacunku dla natury.

W 1648 Aotearoę odkrył holenderski podróżnik Abel Tasman, jednak dopiero w 1769 roku, po wizycie na wyspach Jamesa Cooka, brytyjska korona uznała zainteresowanie się tajemniczym lądem za stosowne i potencjalnie intratne. Były to czasy, gdy Anglia hołdowała idei, by poznawanie nowych krajów powierzać ludziom z natury niezależnym i zaradnym, czyli więźniom i kryminalistom. Z pewnych powodów „kwiat społeczeństwa” Albionu nie spotkał się z sympatią Maorysów, podobnie jak Aborygenów w sąsiedniej Australii. Maorysi byli jednak ludem bardziej rozwiniętym i zorganizowanym, dlatego też przez wyspy przetoczyła się fala buntów i walk, dzięki którym przekonano rdzennych mieszkańców, że powinni postarać się o pokojową koegzystencję. O ile Maorysi wybili ptaki moa, Europejczycy postarali się o zmasakrowanie resztek ocalałej przyrody. Na wyspy trafiły stada owiec, kóz, koni, krów i jeleni. Lasy stanęły w płomieniach, by ustąpić miejsca pastwiskom. W ciągu kilkudziesięciu lat zniszczono 80% lasów tworzonych przez niezwykle cenne drzewa kauri. Dziś dręczone diebackiem stoją na skraju wyginięcia. Przywieziono koty, bo czymże jest dom bez kota! Króliki, bo kto by się przejmował plagą królików w Australii. Gronostaje – by kontrolować króliki. Tchórzofretki – bo gronostaje wolały zżerać kiwi. Łasice – bo tchórzofretki też się nie sprawdziły. Pałanki – bo takie sympatyczne (głównie roślinożerne w Australii, tu zasmakowały w jajach i pisklętach). Ufne, niezgrabne, nielotne i absolutnie bezbronne ptaki nagle stanęły oko w oko ze ssakami od tysięcy lat ewoluującymi w kierunku doskonałych maszynek do zabijania. Te z nowozelandzkich ptaków, które pozostały skrzydlatymi tradycjonalistami, ginęły z powodu pożarów lasów, melioracji bagien, utraty siedlisk oraz silnej konkurencji ze strony introdukowanych gatunków europejskich, znacznie lepiej radzących sobie na otwartych przestrzeniach rolniczego krajobrazu. Kurobroda wybito tylko dlatego, że ktoś z brytyjskiej elity wylansował na salonach modę na ich czarno-białe pióra i wisiorki z zakrzywionych dzióbków.

Dziś najpospolitszymi ptakami Nowej Zelandii są kosy, wróble i szczygły. Nielotne ptaki najłatwiej zobaczyć w biurach informacji turystycznych w postaci pokracznie wypchanych bałwanków. Praktycznie każda szanująca się informacja ma swojego martwego kiwi lub dwa. Drogi w parkach narodowych obstawiono znakami „uwaga kiwi”, zwykle biorąc pod uwagę atrakcyjne tło dające możliwość cyknięcia interesującego zdjęcia. W końcu Nowa Zelandia to kraj pięknych widoków. Kakapo przetrwało w liczbie 125 osobników. Populacja takahe utrzymuje się na poziomie 263 osobników, podlega ochronie dopiero od 1982 roku. Wcześniejsze projekty ochrony tego gatunku torpedowano argumentem, że kwestię ich przetrwania należy pozostawić naturze i zdolności zwierząt do adaptacji do nowych warunków. Kilka lat później okazało się, że mimo zapewne szczerych chęci takahe nie jest w stanie wyhodować w ciągu kilku generacji orlich skrzydeł i wciąż pada ofiarą introdukowanych drapieżników. Desperacko walcząc o przetrwanie, ptaki porzuciły swoje naturalne środowisko w postaci nizinnych, podmokłych dolin na rzecz alpejskich łąk, środowiska tak niekorzystnego, że nawet koty i gronostaje nie zapuszczają się tam zbyt często.

DEPARTAMENT SZYDERSTWA

Każda nacja ma na swoim koncie coś niechlubnego. Nawet „babe country”, jak słodko określają swoją ojczyznę „Kiwi people”. „Babe country” nie mogło uczyć się na cudzych błędach, wolało popełniać swoje. Nie należy więc roztrząsać błędów historii. Dziś ochrona przyrody jest kluczowym tematem poruszanym w każdym muzeum, informacji turystycznej, w przewodnikach i na tablicach parków narodowych. Pracownicy Departamentu Ochrony Środowiska heroicznie pielą zarastające klify meksykańskie chwasty, nieustraszeni biolodzy ratują z opresji kiwi, oddani wolontariusze sprawdzają leśne pułapki na krwiożercze pałanki. Jest to kampania o tyle irytująca, ile nachalna i fałszywa. Jaki ma bowiem sens wmawianie światu, że biedni obywatele Nowej Zelandii mimo najszczerszych chęci nie są w stanie poradzić sobie z plagą gronostai i pałanek? Ludzie ci są na dobrą sprawę tacy sami jak ci, którym praktycznie udało się wytępić sobole i tygrysy w syberyjskiej tundrze. Być może sprawdzane raz na miesiąc klatki z przynętą w postaci kurzego jaja, rozstawione wzdłuż nielicznych szlaków turystycznych w rozległych parkach narodowych, to nie najskuteczniejszy sposób eliminacji łasicowatych. Podobnie jak ustawianie mat dezynfekujących buty przed wejściem na kilka z kilkunastu szlaków prowadzących do pomnikowych drzew kauri nie zapewnia pełnej ochrony przed rozprzestrzenianiem się diebacku. Może nowozelandzkie kozy są tak inteligentne, że faktycznie nie sposób wyeliminować ich z górskich ekosystemów. Nie to co kozice i koziorożce w Europie.

Ochrona przyrody rzadko kiedy bywa priorytetem rządu i społeczeństwa, nie dziwi więc, że w przypadku Nowej Zelandii bliżej jej do turystycznej reklamy niż realnego ratowania gatunków.

Historia, której nigdy nie zapomnę, rozegrała się w Westland National Park, słynnym z malowniczego lodowca Fox. Na parkingu dla turystów znaleźliśmy rannego szlarnika rdzawobocznego, który pewnie rozbił się o lśniącą szybę samochodu. Miał złamane kości przedramienia, był jednak w niezłej kondycji ogólnej. Energiczny. Zadziorny. Zapakowaliśmy go do przyciętego na rozmiar pudełka i pojechaliśmy do pobliskiej osady, nazwanej Lodowiec Fox. Szlarnik rdzawoboczny jest rodzimym ptakiem Nowej Zelandii. Co prawda trafił tu zaledwie kilkadziesiąt lat temu, jednak samodzielnie – na własnych skrzydłach. Pozostaje więc jednym z nielicznych gatunków nieintrodukowanych. Jedynym celem egzystencji wioski Lodowiec Fox jest zapewnienie zakwaterowania, wyżywienia i rozrywek zwiedzającym. Dlatego też w samym jej centrum znajduje się Wildlife Centre. Tam też się udaliśmy. Uśmiechnięta dziewczyna za kasą poinformowała nas uprzejmie, że Wildlife Centre nie zajmuje się ratowaniem wildlife’u, tylko pokazywaniem kiwi, więc nie może nam pomóc. Pojechaliśmy do Biura Departamentu Ochrony Środowiska, które od biura informacji turystycznej i straganów z pamiątkami różniło się jedynie umundurowaniem pracowników. Poczekaliśmy grzecznie w kolejce, gdy kolejna uśmiechnięta dziewczyna tłumaczyła każdemu turyście z osobna, że pogoda w górach jest nieprzewidywalna i nie może zagwarantować im jutro słońca, po czym zostaliśmy oddelegowani do postawnego strażnika parku narodowego w profesjonalnie i znacząco ubłoconych butach trekkingowych. Po raz trzeci wytłumaczyliśmy, co nas sprowadza, szybko rozwiewając wątpliwości odnośnie do naszej wiedzy ornitologicznej i umiejętności zdiagnozowania złamania kości skrzydła.

– Ok – skapitulował strażnik i wziął ode mnie kartonik. – Żywy? – zapytał, potrząsając brutalnie pudełkiem.  – Żywy – zmartwił się i rozpoczął niezbyt spójną opowieść o dziesiątkach szlarników, skalinków, rudzików i innych maluchów codziennie rozbijających się o szyby samochodów.

– To zrobi pan coś z nim czy nie? – zniecierpliwiłam się, przydługi monolog nie prowadził do żadnych konstruktywnych wniosków.

– Jasne – uśmiechnął się bezczelnie i sugestywnie wbił obcas buta w posadzkę. Guma zapiszczała na kafelkach. Czułam, że uderzająca mi adrenalina już wybrała, tym razem to będzie atak, a nie ucieczka.

– Pan raczy żartować?! – zasyczałam, a strażnik z uśmiechem oświadczył, że nie. Był jednak skłonny do dyskusji i uspokajających wyjaśnień. Gdyby to był kiwi, to „być może” postaraliby się mu pomóc, ale szlarnik to bezwartościowe stworzenie i Departament Ochrony Przyrody takimi sprawami się nie interesuje.

– To w takim razie gdzie mogę tego ptaka zawieźć?

– Już niech go pani tu zostawi. Zajmę się nim, weterynarz jest 300 km stąd – oświadczył strażnik wbrew logice.

– Zaniosę go do działu opieki nad zwierzętami. Tam mają cięższe buty – dodał, wychodząc.

Czy warto ratować małego, połamanego szlarnika, jest kwestią dyskusyjną. Czy jego życie ma znaczenie? Jest statystycznie nieistotne. Czy praca takich ośrodków jak Ptasi Azyl w Warszawskim zoo ma sens, skoro co roku ratuje się tam setki małych, nieistotnych ptaków? Uważam, że ogromny.

Podstawowe pytanie brzmi jednak, jak tak można? Jak strażnik Departamentu Ochrony Przyrody może się w ten sposób zachowywać? Zwłaszcza wobec zagranicznej turystki. Jak bardzo karykaturalna jest instytucja „departamentu ochrony przyrody”, skoro pracownicy pozwalają sobie na taką bezczelność? I jak można sugerować wykonanie eutanazji obcasem buta?

PAŃSKIE OKO KONIA TUCZY

Ochrona przyrody to żaden biznes, być może „babe country” wciąż nie opracowało odpowiednich podstaw prawnych dotyczących dobrostanu zwierząt i ochrony środowiska, o rodzącej się w bólach świadomości ekologicznej nie wspominając.

Nowa Zelandia to dziś w głównej mierze rolnictwo i turystyka. Kiwi i owca – najlepsi przyjaciele. Tak głoszą breloczki i magnesy na lodówkę, milcząc o źródłach tej mądrości.

Owce nie mają na wyspach najlżejszego życia, być może właśnie to łączy je z kiwi. Nowa Zelandia, podobnie jak Australia, ma wyjątkowo liberalny stosunek do dobrostanu jagniąt. W obu krajach zabiegi kastracji i kurtyzacji ogonów bez użycia znieczulenia dopuszczalne są do 6 miesiąca życia. W krajach Unii Europejskiej powyższe zabiegi można wykonywać do 7-14 dnia życia. Jednak to nie bezrefleksyjne podejście do zadawania cierpienia w ramach zabiegów zoohigienicznych było dla mnie najbardziej szokujące, ale sama higiena hodowli.

Nowa Zelandia to kraj ekstensywnej hodowli wolnowybiegowej. Kraj uprzywilejowany łagodnym klimatem, żyzną ziemią i niską gęstością zaludnienia. Kilometry kwadratowe wiecznie zielonych pastwisk.

Wrzesień to na wyspach czas wykotów. Stoki wzgórz zaczynają się roić od śnieżnobiałych, nieporadnych jagniąt, niezgrabnie balansujących na zbyt długich nogach. Uroczy widok. Czasami gdzieś w wyższej trawie można wypatrzyć jagnię zbyt słabe, by iść, rozpaczliwie wołające matkę. Porzucone, chore, umierające. Nowa Zelandia to nie Australia, by pastwiska miały 100 km2, ale niektórzy farmerzy gospodarują na znacznej powierzchni. Nie sposób znaleźć każde konające jagnię. Z pewnością można jednak usuwać padlinę na bieżąco. Nic zaś nie powinno tłumaczyć spławiania martwych zwierząt w przecinającej pastwisko rzece. W czasie naszej podróży wzdłuż Forgotten Highway na Północnej Wyspie zatrzymaliśmy się, aby zobaczyć pobliski wodospad. Szlak wiódł przez pastwisko. W zakolu rzeki unosiła się spuchnięta owca. Kilkadziesiąt metrów później znaleźliśmy kolejne zwłoki zaczepione o gałęzie nabrzeżnych drzew. A potem stanęliśmy na mostku, uwiecznić obrazek wąskiej rzeczki wijącej się przez cudownie zielone pastwisko. Kilkadziesiąt metrów dalej zwalony pień drzewa tworzył naturalną tamę. O jego pień obijały się dwie martwe owce i pięć jagniąt.

Mieszkańcy wiosek na terenie Parku Narodowego Waikaremoana z upadkami podczas wykotów radzą sobie w nieco inny, być może mniej odrażający sposób. Zwłoki zwozi się w jedno miejsce. I zostawia. W tym kontekście opowieści mojego kolegi Jindricha wydają się być wzorem higieny. Jindrich pracował na farmie bydła mlecznego. Martwo urodzone cielęta składowano na kupie, w bezpiecznej odległości za oborami. Co kilka dni, gdy stos umarłych zaczynał wyglądać niepokojąco, oblewano go benzyną i utylizowano. Mogłabym pomyśleć, że to niewiarygodne. Spotkaliśmy się jednak z Jindrichem w pracy na farmie szparagów. Nasz szef oświadczył mi, że żaden szanujący się rolnik nie segreguje, a nawet nie wywozi śmieci („chyba że do lasu, ha, ha!”), bo opłaty są zbyt wysokie. W Nowej Zelandii wszystko puszcza się z dymem. On podchodził do tej filozofii bezkrytycznie. W ogień szło wszystko – plastiki, worki po nawozach, stare wykładziny, kontenery po herbicydach.

Sposób pielęgnacji jagniąt i strategie utylizacji martwych zwierząt mogą budzić kontrowersje, jednak bydło i owce to pieniądze, a nic tak nie motywuje do opieki nad zwierzętami jak proste przeliczanie ich masy i pogłowia na dolary. Nie wszystkie zwierzęta posiadły jednak szczęśliwą umiejętność przerabiania trawy na walutę i ich dobrostan jest kwestią wygrania na loterii odpowiedzialnego właściciela.

Konie w Nowej Zelandii nie są dobrem luksusowym. Na terenach rolniczych (miast na wyspach jest mało) kto chce, ten wypasa kilka gniadków na łące za płotem. Zwykle mają szczęśliwe życie. Wyjątki zdarzają się jednak wszędzie. Wioski położone wzdłuż jedynej, szutrowej drogi przecinającej Park Narodowy Te Urewara są takim wielkim, skandalicznym wyjątkiem. Można sądzić, że w tych okolicach pasąca się pod płotem chabeta jest dobrze widziana. Szkapy przypalikowane są niemal pod każdym wiejskim płotem. Wychudzone, zarobaczone, mizerne kobyły zgryzają ostatnie łodygi przydrożnych chwastów, uwiązane tuż przy samej drodze. Niektóre, spętane, drepczą kulawo wzdłuż krętej szosy, zamieniając każdy zakręt w małą loterię. Ile koni ginie na tej drodze – nie wiadomo. Wędrując wokół jeziora Waikaremoana, bez trudu można wypatrzyć tabuny dzikich koni, można więc wnioskować, że część zaniedbanych zwierząt znajduje swoją drogę do wolności, większość jednak snuje się wzdłuż gospodarstw. Widok jest smutny i wręcz wstrętny.

Mimo wszystko w Parku Narodowym Te Urewara spędziliśmy kilka dni, oczarowani pięknem lasów. Z czasem zaczęliśmy wybierać także mniej uczęszczane szlaki, lawirujące wokół pastwisk. Tak też trafiliśmy na niemal śmiertelnie zagłodzonego konia. Zwierzę zamknięte było na małym, zabłoconym padoku, pozbawionym poidła, koryta i jakiejkolwiek ochrony przed deszczem czy wiatrem.

Zrobiliśmy bardzo dużo zdjęć, określiliśmy nasze położenie za pomocą GPS i spisaliśmy dokładne koordynaty. Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy po powrocie do cywilizacji, było poinformowanie o zaistniałej sytuacji rządowej i pozarządowych organizacji zajmujących się dobrostanem zwierząt. I tu zaczyna się prawdziwa historia zagłodzonego konia. W każdym narodzie znajdzie się katujący zwierzęta zwyrodnialec. Kwestia tego, z jaką spotka się reakcją.

Napisałam do Safe, Animal Welfare &Preventing Animal Cruelty oraz do oddziału Ministerstwa Rolnictwa do spraw Dobrostanu Zwierząt. List zawierał krótki opis zwierząt (ponieważ w bliskiej okolicy wpadliśmy na wychudzonego źrebaka, któremu również chcieliśmy pomóc), dokładny opis miejsca i sposobu dojazdu, dane z GPS, bardzo bogatą dokumentację zdjęciową i moje dane kontaktowe. Po kilku dniach dostałam list z Compliance and Responce Branch, Animal Welfare Coordinator Ministry for Primary Industry z podziękowaniami za zainteresowanie oraz obietnicą interwencji i poinformowania mnie o jej rezultacie. Pomyślałam, że jest dobrze.

Po kilku kolejnych dniach dostałam list z uprzejmą prośbą, czy mogłabym dokładniej opisać i zlokalizować miejsce, gdzie zamknięto głodujące konie, oraz wytłumaczyć, co budzi moje podejrzenia w wyglądzie nieszczęsnego źrebaka. Co może być bardziej dokładne od danych GPS? Razem z moim przyjacielem odesłaliśmy im zdjęcia z Google Earth, z zaznaczonymi pastwiskami, gdzie katowano zwierzęta. Odpisaliśmy natychmiast – sprawa wymagała szybkiego działania. Śmierć z głodu zabiera trochę czasu, jednak ten koń zdecydowanie nie miał go już zbyt wiele.

Po tygodniu zostaliśmy uprzejmie poinformowani, że rozpoczęto poszukiwania wolontariuszy, którzy osobiście przekonają się, czy koń wymaga pomocy, oraz napiszą stosowny raport. Niemal 2 tygodnie od zgłoszenia przypadku głodzenia zwierzęcia!

Wolontariusze zawyrokowali, iż istotnie dobrostan konia budzi wątpliwości. 4 tygodnie od mojego pierwszego listu otrzymałam e-maila z informacją, iż urząd szuka pracowników, możliwości i sposobności, by konia uratować. To był ostatni mail, jaki otrzymałam od Compliance and Responce Branch, Animal Welfare Coordinator Ministry for Primary Industry.

– To opowiadaj! Jak tam w Nowej Zelandii?

– Wiesz, naprawdę strasznie mi z tym głupio, bo jestem w tym ślicznym kraju, wszyscy się nim zachwycają… szczyt marzeń, wakacje w Śródziemiu. A ja nie cierpię tego kraju. Widoki na Południowej Wyspie są naprawdę zachwycające, ale cała Nowa Zelandia jest tak płytka, fałszywa i zakłamana. Nawet nie chodzi o to, że mają tu żenujący poziom edukacji i nikt nie potrafi liczyć, tabliczka mnożenia to kosmos, Afryka to kraj, Wenezuela to państwo w Azji, języki obce w szkole są nieobowiązkowe, pojęcie mody nie istnieje, a otyłość to epidemia. Pracownik Immigration Office nie potrafi udzielić podstawowych informacji na temat wizy o pracę, mechanik wymienia przegub w samochodzie 3 dni, wszyscy są przeraźliwie mili i uprzejmi, ale jednocześnie tak cholernie niekompetentni. Przede wszystkim są tacy… bezrefleksyjni i nieświadomi! I tak ciężko z nimi o czymkolwiek porozmawiać… Masz wrażenie, że ich świat kończy się za płotem ich pastwiska albo w najbliższym barze. Ewentualnie ich świat to Nowa Zelandia i Australia, żeby mieć z czego żartować. I koniec. I tak strasznie nic ich nie obchodzi! Nic nie ciekawi! Trzymają się kurczowo tej bańki, że Nowa Zelandia jest taka słodka i miła. A ty patrzysz na te plantacje świerków zamiast prawdziwych lasów, słodziutkie gronostaje harcujące w paprociach, stada szczurów podchodzących do twojego ogniska głęboko w parku narodowym i ta ich słodycz staje się nie do zniesienia! Widzisz, nie zachwyca mnie.

 

Autor:
lek. wet. Anna Bunikowska

Przejdź do następnej strony

Nasi klienci