ZNAJDŹ WETERYNARZA

poniedziałek, 16 grudnia 2019
Zobacz:
stomatologianews

Weterynaryjna wolunturystyka. Felieton lek. wet. Natalii Strokowskiej

Do napisania tego artykułu skłoniły mnie własne doświadczenia z wolontariatów na kilku kontynentach, a także wnikliwa obserwacja coraz popularniejszych wyjazdów studentów weterynarii w odległe zakątki świata, aby pomagać rzekomo potrzebującym zwierzętom. Wielotysięczne zbiórki na udział w wyjazdach, barwne relacje w social media, a także fotografie dumnych uczestników przy znieczulonych zwierzętach w terenie – czy tak wygląda wolontariat i czym różni się od wolonturystyki? Spieszę z odpowiedzią.

 

Pomagaj i płać

 

„Wolonturystyka” to krótkoterminowy wyjazd, w którym „łączy się” turystykę i pomaganie (ang. voluntourism, od tourism i volunteer). W odróżnieniu od klasycznego wolontariatu, który organizowany jest zazwyczaj przez różne NGO, pakiet wolonturystyczny można wykupić u zwykłego pośrednika (w weterynarii działa ich coraz więcej), który jest normalną firmą działającą na zasadach rynkowych (czyli podstawowym jej celem jest po prostu generowanie zysku). Za taki wyjazd uczestnik musi zapłacić (zazwyczaj jakieś 700-1000 USD/tydz., bez przelotu, widziałam również wyższe kwoty). W zamian kupuje „usługi”, czyli możliwość niesienia pomocy, wpisania doświadczenia do CV, rozwoju, przeżycia przygody. Płaci też za organizację wszystkiego na miejscu, czyli jakby nie było, jest to coś na kształt wyjazdu “all inlusive”. Pamiętaj – w momencie, kiedy organizacja niosąca pomoc dzikim zwierzętom oczekuje od ciebie wysokiej opłaty za pomoc i twój wolontariat, przestaje być to wolontariatem. To czysty i bardzo lukratywny biznes.

 

Mój pierwszy wolontariat – Indie

 

To był prawdziwy grom z jasnego nieba, zaś fakt, że ktoś we mnie uwierzył i udało mi się otrzymać wsparcie prywatnego sponsora na mój cel, odmienił moje życie na zawsze. Nie chciałam jednak jechać sama, więc pieniędzmi po połowie (z własnej woli) podzieliłam się z koleżanką. Wiele weterynaryjnych wolontariatów z dzikimi zwierzętami nie ma praktycznie nic wspólnego z weterynarią. Inaczej było w Indiach, gdzie pracowałyśmy po kilkanaście godzin dziennie, robiąc co w naszych siłach przy bardzo ograniczonej na trzecim roku studiów wiedzy klinicznej. Właściciel fundacji (Hindus) był na tyle szalony, aby dać nam zabiegi do wykonania. Pamiętam, jak sterylizowałam pierwszą sukę zaglądając ukradkiem do “Chirurgii” Fossum. Z perspektywy czasu wiem, że było to nieodpowiedzialne, natomiast ogrom zwierzęcego cierpienia, połamanych, poranionych w wypadkach zwierząt był tak przytłaczający, że każda, choćby najmniejsza pomoc miała znaczenie. Nie zapomnę, jak usypiałam szczeniaka chorego na wściekliznę i prosiłam pracowników o dezynfekcję klatki (czytaj UV, detergenty, alkohol itp.), gdzie było pełno jego odchodów, krwi i śliny (spokojnie, szczepiłam się). W odpowiedzi na moją prośbę mężczyzna (który nie umiał czytać i pisać) wylał do kennelu kubeł wody i poszorował bambusową szczotką. Zamarłam. Wtedy zrozumiałam, że moje wszystkie wysiłki są praktycznie bezsensowne, zaś fundacja żyje z datków i pracy wolontariuszy, nie zapewniając zwierzętom niezbędnego minimum. W miejscu, w którym oczywiście sporo się też nauczyłam. Odbyło się to raczej za sprawą innych wolontariuszek, studentek z londyńskiego RVC. Napatrzyłam się też na mnóstwo cierpienia i niesprawiedliwości, a także nieumiejętnie udzielanej pomocy przez ludzi bez żadnych kwalifikacji i wiedzy. Postanowiłam szukać innych miejsc.

Nie zapomnę pierwszego poranka w lutym, zaraz po przylocie do Delhi. Omlet, który dostałam na śniadanie był nieświeży. Jestem z bardzo skromnego domu, u mnie nigdy nie wyrzucało się jedzenia. Wzięłam go i podstawiłam pod nos psu leżącemu na chodniku. Powąchał i nie był zainteresowany. Podeszłam do drugiego siedzącego w plamie słońca, również ten nie chciał jeść. Wstałam z kucków i znikąd przede mną pojawiła się stara kobieta w szmatach, z tobołkiem, wsparta o kij. Wzięła ten omlet z mojej ręki i przyglądając mi się przenikliwie zjadła na moich oczach. Miałam 20 lat i wtedy zrozumiałam, że zupełnie nic nie wiem o świecie. W swojej dziecinnej naiwności pojechałam zbawiać świat, który mnie tam wcale nie potrzebował. Białej dziewczyny z Europy, która chciała pomagać mu według swoich europejskich zasad. Miałam w sercu zwierzęta i im chciałam pomagać, a na pierwszą w życiu dalszą podróż wybrałam miejsce, gdzie ludzie i zwierzęta na równi grzebią w śmieciach, żeby przetrwać. Codziennie rozdawałam śniadanie i słodycze dzieciom. Czułam wstyd, niesprawiedliwość i żal. Jako komentarz przytoczę fragment rozmowy Janiny Ochojskiej  (PAH) z WP Turystyka z 2015 roku:

 

Reporter: Wyruszam do Indii – skuszony reklamami ukazującymi kontrasty kolorów, zapachów, smaków i wierzeń – i przeżywam szok. Na miejscu największym kontrastem okazuje się być mój status społeczny i finansowy w opozycji do wszechobecnej na ulicach nędzy. A w niej najbardziej za serce chwytają mnie dzieci ulicy. Jako człowiek wrażliwy postanawiam coś z tym zrobić, choćby podarować im te kilka rupii, które mam w portfelu lub słodycze z kieszeni. Może w ten sposób trochę im pomogę…

Janina Ochojska: … Komu pan pomoże?

R: Tym biednym i nieszczęśliwym indyjskim dzieciakom.

JO: Dając cukierka czy kilka rupii?

R: To akurat mam w kieszeni.

JO: I sądzi pan, że słodycz zmieni coś w życiu tego dziecka? Zacznie ono chodzić do szkoły? Stanie się samowystarczalne? Zdobędzie jakiś zawód? Spójrzmy prawdzie w oczy – pan im w żaden sposób nie pomaga.

R: Pracy im nie znalazłem, ale przecież te dzieci przez moment się uśmiechnęły, mogę nawet powiedzieć, że doznały szczęścia dzięki mojemu cukierkowi!

JO: To, co pan opisuje, z jednej strony pachnie mi pewnym paternalizmem, a z drugiej wydaje się wątpliwe moralnie. A skąd pan wie, że to dziecko naprawdę będzie szczęśliwe? A może nie będzie – tego nie wiemy. Ale wiemy na pewno, że pan ma z tego pewną satysfakcję, uspokoił tym cukierkiem swoje własne sumienie, złagodził dysonans wywołany kontrastem bogactwa Północy i nędzy Południa. Wystarczył jeden cukierek, aby poczuł się pan lepiej. Niewiele, nieprawdaż?

 

Na praktyki do… Afryki

 

Tak, później trafiłam do Kenii, gdzie odwiedzałam sierociniec dla słoni w Nairobi i prowadziłam obserwacje dot. zachowań słoni z PTSD. Chodziłam też do lokalnego oddziału SPCA, gdzie pomagałyśmy bezdomnym zwierzętom (m.in. sterylizacje, szycie ran). Natomiast w KWS, dzięki znajomości naczelnika parku, mogłyśmy odwiedzić parki narodowe i poznać lepiej naturalne zachowania zwierząt, w tym szczególnie żyjących tam słoni. Pieniądze, tym razem, zebrałyśmy z koleżanką z głównej wygranej ogólnopolskiego programu Absolvent na projekt wolontariatu, trzeciego miejsca w konkursie SGGW na studencki projekt roku i własnych oszczędności, czyli pieniędzy zarobionych poprzez pracę, nie licząc na sponsorów.

 

Praca w lokalnym ośrodku dla dzikich zwierząt działającym przy Parku Narodowym Nairobi polegała na karmieniu i sprzątaniu u żyjących tam zwierząt. A ja chciałam znów uczyć się medycyny dzikich zwierząt. Co jest wzniosłego w rzucaniu żyjącym w niewoli hienom mięsa? Kiedy zobaczyłam kolejkę studentów do karmienia butelką małej żyrafy, to stamtąd uciekłam. Nie przyjechałam tam po to, aby pomagać w lokalnym zoo i szybko zweryfikowałam swoje wyobrażenie o tym, czego mogę się po takich miejscach spodziewać. Nadmienię tylko, że wyjazd ten organizowałam sama, na własną rękę i jedyną opłatą jaką musiałam uiścić za udział, była opłata manipulacyjna 50 USD za wstępy do parków w ramach wolontariatu oraz bilety wstępu do sierocińca. Ostatnio przeczytałam bardzo interesujący tekst na temat szkodliwości wolonturystyki w Kenii na portalu natemat.pl, którego większy fragment chciałabym przytoczyć:

“Turystyka napędza gospodarkę, młodzi lekarze i weterynarze ratują wiele istnień, dlaczego więc Kenijczycy są coraz bardziej wkurzeni? By odpowiedzieć sobie na to pytanie, zajrzyjmy na początek na Barbie Savior, satyryczne konto na Instagramie. Zobaczymy serię malowniczych zdjęć z lalkami Barbie w roli głównej, które robią sobie selfie na tle ubogich zakątków Kenii. Obok zdjęć znajdziemy też okolicznościowe komentarze.

 

 

Nic zatem dziwnego, że na pierwszy plan zaczynają wysuwać się głosy mówiące o szkodliwości prowadzonej od lat tak zwanej naiwnej wolonturystyki (ang. voluntourism, od tourism i volunteer). Kenijczycy nie tylko są oburzeni postawą przyjezdnych, pracujących w organizacjach pozarządowych, którzy dostrzegają w odwiedzanym przez siebie kraju wyłącznie ruinę, będącą pretekstem do dopieszczenia własnego ego. Głównym problemem jest to, że teoretycznie pomocowe organizacje nie pomagają Kenii tak dobrze, jak by mogły.

 

A przynajmniej taka jest diagnoza kenijskiego Departamentu ds. Organizacji Pozarządowych. Zgodnie z jej ostatnim raportem, w Kenii pracuje około 12 tysięcy przyjezdnych. Każda z tych osób zarabia średnio cztery razy więcej niż osoby pochodzenia kenijskiego, często wykonujące dokładnie te same czynności. Podczas rekrutacji organizacje pozarządowe priorytetowo traktują przybyszów z Zachodu. Ci z kolei niechętnie dzielą się swoim doświadczeniem i wiedzą z lokalnymi pracownikami, przez co tubylcy pozostają dla rynku pracy niekonkurencyjni.”

 

Czy miałam tego świadomość w 2013 roku? Tak, i wiedziałam na pewno, że nie będę żadnej organizacji płacić za darmową pracę wykonywaną na jej rzecz. Czy wrzucałam zdjęcia siebie obok dzikich zwierząt, aby dopieścić swoje ego i poczuć się lepiej? Oczywiście, że tak, przecież wszyscy tak robimy. Częścią natury ludzkiej jest chwalenie się. Tym samym nieświadomie napędzałam dziesiątki moich followersów lub czytelników mojego studenckiego bloga do podjęcia kariery weterynaryjnej, o czym też sami mnie informowali. “Natalio, jesteś dla mnie największą inspiracją…”. Jednak życie to nie Instagram, a praca z dzikimi zwierzętami daleka jest od tego, jak wygląda na najciekawszych, wybranych na potrzeby social media, zdjęciach.

 

Warto z rezerwą traktować relacjonujących takie wyprawy studentów i ich rzekome dokonania. To, co wspaniale wygląda na fotce wrzuconej na Instagrama, może być po prostu wyreżyserowaną na potrzeby chwili sytuacją. Sama doświadczyłam takiego zachowania, gdyż było bardzo blisko mnie. Wiem jak łatwo można dać się omamić chęcią posiadania ciekawych zdjęć i wywiadu w telewizji. Kiedyś bliska mi osoba, z którą przejechałam pół świata, postanowiła wybrać srebrny ekran, a nie dobro zwierząt. Chwalenie się w telewizji śniadaniowej (w celu zdobycia kolejnego sponsora na wyjazdy) operacją na oku wielbłąda, lekarzowi weterynarii po prostu nie przystoi. Tym bardziej, że ja musiałam się temu wszystkiemu przyglądać, bo byłyśmy tam razem. Pamiętam ten zabieg bardzo dobrze. Operował lokalny lekarz.

 

Karm i sprzątaj… w Gwatemali

 

Stamtąd dalej trafiłam do Gwatemali. Wiele razy pytano mnie, skąd miałam pieniądze. Oszczędzałam pracując, a także odkładając stypendium rektorskie. Przyznano mi je nie za średnią, tylko za wybitne osiągnięcia naukowe – prezentowane przeze mnie wykłady na międzynarodowych przeglądach studenckich zdobywały wysokie noty. Na piątym roku otrzymywałam 1200 zł miesięcznie. Po dwóch miesiącach miałam bilet lotniczy. Po przyjeździe na miejsce do ośrodka dla dzikich zwierząt w dżungli, do moich obowiązków znowu należało karmienie i przygotowywanie jedzenia dla małp, jeleni i ptaków, które potem miały (podobno) zostać wypuszczone na wolność. Znów, mimo obietnic, nic nie miało związku z weterynarią, poza może dwoma sekcjami zwierząt, które wykonaliśmy na miejscu. Uciekłam stamtąd po tygodniu (miałam zostać dwa). W nocy nie mogłam spać przez cykady, w dzień pomagałam sprzątać w tym mini-zoo zwącym się ośrodkiem rehabilitacji (jakich zresztą jest całe mnóstwo w Ameryce Południowej). Na szczęście, po rozmowie z szefem, zwrócono mi połowę pieniędzy czyli 150 dolarów za drugi tydzień (które obejmowały nocleg i wyżywienie) i ruszyłam dalej. Kolejny raz poleciałam na drugi koniec świata do fundacji dla zwierząt, gdzie moja praca nie miała związku z weterynarią. Owszem, spotkałam na miejscu sporo studentów biologii, animal sciences itp., którzy byli wniebowzięci, że mogą kroić ananasa dla tukana, który potem je im z ręki (co przekreśla jego powrót do dziczy). Albo karmić z butelki małpki czepiaki i robić sobie z nimi słodkie foteczki. Zatem wszystko zależy od oczekiwań. Moje – o pracy weterynaryjnej z dzikim zwierzętami – nie zostały spełnione. Oczywiście, dowiedziałam się mnóstwo na temat biologii, behawioru, żywienia dzikich gatunków. Co po niektórzy, z tego co obserwuję, popadają niestety w dość dziwne połączenie megalomanii i mitomanii, gdy próbują przekonać wszystkich dookoła o swoich osiągnięciach w pomaganiu dzikim zwierzętom i bawiąc się w lekarza weterynarii robiąc podskórny zastrzyk dzikiemu kotu.

 

Pomaganie to biznes, a ty jesteś klientem

 

Wtedy też zaczęłam robić głębszy research i szukać miejsc wartych wizyty. To były też czasy, jakiś 2013 rok, kiedy jeszcze niewiele było informacji i recenzji w Internecie o tego typu fundacjach. Nie tak wiele z nas jeździło po świecie, nie było się kogo zapytać. To do mnie spływały (i po dziś dzień też spływają) pytania o to, czy polecę za granicą jakieś fajne miejsce na praktyki z dzikimi zwierzętami. I gorzka prawda jest taka, że… nie do końca mogę polecić. Bardzo często dzikie zwierzęta to po prostu biznes i zarabianie na studentach weterynarii, którzy tak jak ja kiedyś, żyją snem o ich leczeniu. Często zapominamy natomiast, że studenci z Polski, nie mają najmniejszych szans finansowych na udział w tego typu programach, bo przegrywają ze studentami z USA, Australii, Nowej Zelandii (dla których 3000 USD przy 250 tys. już zaciągniętego kredytu studenckiego to nic), UK (również mają kredyty zaś funt ma dużą siłę nabywczą), Skandynawii (ze stypendiami od Państwa i wysokim PKB) oraz innych rozwiniętych krajów zachodnich.

Paweł Cywiński dla portalu NGO pisze: “Jednym z najszybciej rozwijających się modeli turystyki, zwłaszcza wśród mieszkańców krajów anglosaskich pomiędzy 18 a 30 rokiem życia, jest tak zwany „gap year”. Czym on jest? Współczesnym grand tour, pozostałością po micie hippie trail. Przerwą od codzienności, dłuższym wyjazdem w daleki świat, zazwyczaj w czasie studiów, nierzadko połączonym z zarobkowaniem lub pomaganiem. Jeszcze kilkanaście lat temu „gapyerowcy” sami sobie wszystko organizowali, dziś rynek wyczuł wśród nich swoją klientelę. Szybko powstały więc programy typu „work and travel” czy „wolonturystyka”. Ta ostatnia poddawana jest coraz silniejszej krytyce.”

 

Lot helikopterem na safari, a potem impreza z szampanem

 

Od wielu lat obserwuję rozrost wszelkiego typu organizacji pro-zwierzęcych, które organizują wyjazdy, sięgające nawet 2-3 tysięcy dolarów lub funtów za 2 tygodnie pobytu (plus koszty podróży), które mają studentów weterynarii uczyć medycyny dzikich zwierząt. Kiedyś miałam energię pisać na forach, co o tym myślę, teraz już tego nie robię. Konsumpcjonistyczne podejście wielu z nas, zbieranie lajków w social media i poszukiwanie przygód napędza olbrzymi biznes. Jest to już zorganizowana machina przynosząca gigantyczny zysk – klientami jesteście wy – zaś najmniej w tym całym układzie ważne jest dobro i zdrowie zwierząt, którymi macie się zająć. Nie zapomnę ogłoszenia, które po bardzo napiętym i pełnym wrażeń harmonogramie na koniec oferowało lot helikopterem nad sawanną i strzelanie z immobilizatora do antylop (oczywiście lekarz strzela, ty patrzysz i ew. możesz sobie potrzymać broń Palmera do foci) oraz imprezę w lodge z jacuzzi na sawannie i do tego grill (oczywiście jakaś pyszna antylopa, koleżanka tej którą sobie znieczulaliście pod pretekstem założenia nadajnika) i szampan. Jest popyt – jest podaż. Przestrzegam was przed tego typu ofertami, bo nie mają one nic wspólnego z weterynarią, zaś jeśli waszą motywacją jest umieszczenie swojego zdjęcia obok znieczulonego nosorożca (który gdyby był przytomny to by sobie bardzo nie życzył, żebyście go klepali i przy nim siadali) to chyba pora się zastanowić czy weterynaria to branża dla was. Nie zapomnę filmiku jednej ze studentek, gdzie uczestniczy wyrywali sobie telefon żeby zrobić sobie zdjęcie z dzikim zwierzęciem, jakby było ono atrakcją turystyczną, ona zaś nagrywała uśmiechniętą siebie na tle znieczulonych zwierząt. Dokąd zmierzamy, koledzy?

 

Selfie ze znieczulonym lwem

 

Dlaczego pozowanie przy spremedykowanych w terenie zwierzętach jest moralnie wątpliwe? Pisze o tym Amanda Boyd w obszernym artykule dla portalu theconservation.com:

 

“Byłam świadkiem robienia wielu selfie naukowo-zwierzęcych – w tym zdjęć ze spremedykowanymi zwierzętami podczas badań naukowych. W większości przypadków zwierzę trzymano było tylko przez ułamek sekundy, podczas gdy czujni badacze po prostu spojrzeli w górę i uśmiechnęli się do kamery wskazującej już im kierunek.

 

Ale niektóre sytuacje były bardziej napięte. W jednym przypadku naukowcy przywiązali dużego rekina do łodzi z linami na ogonie i skrzelach, aby mogli go zmierzyć, wykonać biopsję i oznaczyć. Następnie trzymali go przez dodatkowe 10 minut, podczas gdy naukowcy na zmianę przytulali go do zdjęć. Chociaż może to być skrajny przypadek, szybkie wyszukiwanie w Internecie zdjęć „badaczy dzikiej przyrody” ukazuje mnóstwo zdjęć selfie naukowców – z wielorybami, ptakami, nietoperzami, rybami, żółwiami i innymi zwierzętami – w tym niektórych najbardziej zagrożonych na świecie gatunków.

 

Robienie selfie ze zwierzętami może wydawać się banalne, a nawet mieć korzystny efekt, jeśli zdjęcia zainteresują nauką. Ale te zdjęcia nie pokazują wiedzy naukowej, ani doświadczenia, ani nie wyjaśniają, w jaki sposób naukowe protokoły pobierania próbek zostały sprawdzone i zatwierdzone przez ekspertów ds. etyki zwierząt. Co więcej, zdjęcia nie pokazują, że wiele procedur pobierania próbek rani lub zabija niektóre zwierzęta schwytane do badania, a badania przecież obejmują dopuszczalną liczbę ofiar. Kiedy biolodzy dodają dodatkowe sekundy lub minuty w niewoli do zrobienia selfie, wzmacniają przekonanie w społeczeństwie, że zwierzęta są wystarczająco wytrzymałe, aby tolerować to traktowanie. Niektórzy członkowie społeczeństwa mogą myśleć, że jest to bezpieczna i akceptowalna praktyka i próbują naśladować to, co widzą.”

 

Efekty jakie są – wszyscy wiemy. Praktycznie każdy z nas słyszał o historii zamęczonych na potrzeby zdjęć delfinów, rekinów czy łabędzi. Lekarz czy student weterynarii pozując koło zsedowanego jelenia, niedźwiedzia, rysia, hipopotama, czy bawoła wysyła do społeczeństwa sygnał, że nie należy się bać. Brak wyobraźni w połączeniu z brawurą może być brzemienny w skutkach.

 

Pomagam egzotycznie, jestem lepszy

 

W artykule “Wolonturystyka. Fabryka pomocy” dla National Geographic Alicja Nowaczyk (inicjatorka międzynarodowej kampanii Awciekliare Volunteer) zwraca uwagę na jeszcze jeden problem połączenia turystyki i wolontariatu.

 

“Jedną z najgorszych konsekwencji wolonturystyki jest swoiste promowanie poglądu, że pomoc rozwojowa jest łatwizną” – mówi. I dodaje, że uczestnikom takich programów, częściowo podświadomie, przekazuje się mylący komunikat: „Zobacz, jak niewiele potrzeba. Wystarczy, że pobędziesz tu dwa tygodnie, i dzięki temu świat stanie się lepszy”. Wolonturystyka bazuje bowiem na odgórnym przeświadczeniu o wyższości kompetencji zagranicznego turysty nad kompetencjami społeczności lokalnej. W efekcie wielu ludzi wierzy, że bez pomocy „zachodnich” turystów lokalna społeczność po prostu nie poradzi sobie ze swoimi problemami.“

Paweł Cywiński w artykule “Wolonturystyka to nie wolontariat, to biznes” zaznacza, że:

 

“w ostatnich latach turystyka zagraniczna dynamicznie zmienia swój charakter. Globalna klasa średnia (w tym i większość studentów i lekarzy weterynarii – przyp. autorki) coraz rzadziej wybiera się na wczasy zorganizowane, a coraz częściej sama sobie organizuje wyjazdy – jest to pokłosiem zarówno rewolucji transportowej oraz internetowej zapewniających każdemu narzędzia do zaplanowania i zorganizowania własnego wyjazdu, jaki i typowego dla naszych czasów buchającego indywidualizmu połączonego z marketingiem własnej osoby. O wiele silniejszym elementem statusu społecznego jest bowiem nasza „wyprawa” do Etiopii, niż „wyjazd z biurem podróży” do Turcji.”

 

O ile silniej o naszym statusie społecznym świadczy wolontariat w ośrodku w RPA, Tajlandii czy Costa Rica, niż pomoc w lokalnym schronisku lub ośrodku pomocy dzikim zwierzętom w Polsce?

 

W pogoni za lajkami, karmiąc swoje “empatyczne” ego

 

Wielu studentów w poszukiwaniu zagranicznych praktyk w ochronie zwierząt kieruje się szeroko pojętą empatią i wrażliwością na los cierpiących istot. Wielu z nas, wiedzionych autentyczną chęcią pomocy prawdopodobnie po dziś dzień żyje w poczuciu dobrze wykonanej pracy. Z tego błędu nie wyprowadzają ich organizatorzy projektów, w których brali udział. Wielu z nas po prostu też brakuje życiowego doświadczenia i wnikliwości w ocenie efektów tego, w czym braliśmy udział. Na chłopski rozum zastanówmy się, czy np. stado zebr czy antylop w prywatnym rezerwacie w RPA (warto wygooglować dane miejsce i sprawdzić, czy właścicielem nie jest biały mieszkaniec, który trzyma na zamkniętym ogrodzonym terenie zwierzęta po to, aby brać pieniądze od innych białych ludzi, którzy będą je oglądać z okien jeepa) rzeczywiście nagle potrzebuje relokacji? Przy okazji tej relokacji (w prywatnym rezerwacie) studenci biorący udział w zorganizowanym wyjeździe typu “wildlife vet care” będą im osłuchiwać serca. A czym różni się ta czynność od osłuchiwania konia, czy osła, z jedyną różnicą, że niespremedykowana zebra może nas zabić? Ach no tak, zapomniałam, że zebra zdecydowanie dodaje więcej punktów do statusu społecznego. Do atrakcji należeć będzie jeszcze podawanie sobie z rąk do rąk broni, którą strzelał lekarz i robienie sobie pamiątkowych zdjęć z kciukiem do góry. Z badań przeprowadzonych na wolonturystach z UK wiemy, że poza chęcią pomocy, jednym z głównym motywatorów to wykupienia wolon-wakacji jest egoistyczna chęć przeżycia przygody lub zdobycia dobrze wyglądającego doświadczenia w CV. Pomyśl proszę dwa razy, zanim będziesz zbierać 15 tysięcy złotych w publicznej zbiórce, żeby pobawić się w pomoc dzikim zwierzętom, które niekoniecznie jej potrzebują? Ile z tych pieniędzy realnie trafi do fundacji NGO, a ile weźmie twój pośrednik? I dlaczego obcy ludzie, jakby nie było, mieliby ufundować ci wakacje w egzotycznym miejscu, podczas których to, co będziesz tam uprawiał, jest dalekie od pojęcia wolontariatu czy pomocy humanitarnej?

 

Biały człowieku, dorastający kolego, czy koleżanko. Apeluję do ciebie o odrobinę autorefleksji. Wiem, że moje słowa mogą się wydać gorzkie i zaboleć. Ja też kiedyś chciałam zbawić cały świat i pomagać dzikim zwierzętom w potrzebie. Zanim zrobisz sobie zdjęcie z czarnym głodnym dzieckiem w Afryce przyodziany w markowe ciuchy, pisząc w komentarzu, że wszyscy są tutaj tacy uśmiechnięci mimo biedy, zastanów się jak wielkim przywilejem obdarzasz się robiąc to. W naszym zwichrowanym, kapitalistycznym systemie wartości sięgamy wzrokiem daleko, jednocześnie zapominając ile dobrego możemy zrobić u nas, na miejscu. Wielu z nas nie dostrzega, jak wielkim egoizmem cechuje się nasz altruizm.

 

Na koniec chciałam przytoczyć fragment artykułu Agnieszki Bułacik z bloga organizacji GLEN (o której też wspomina Janina Ochojska w wywiadzie dla WP):

 

“Bonface Mwangi, założyciel PAWA254, art hubu, w którym bywaliśmy dosyć często podczas naszego pobytu w Nairobi, w którym też zorganizowaliśmy wystawę wieńczącą nasz projekt, odwiedził jakiś czas temu amerykańskich studentów i rozmawiał z nimi o wolontariacie. Zapytał: „Dlaczego chcecie pomagać nam? Pomóżcie własnemu krajowi”. Popularność wyjazdów wolontaryjnych tylko umacnia relację władzy pomiędzy państwami. Kulturalny i społeczny kapitalizm wkrada się w nasze życia niepostrzeżenie, przekonując nas jak jesteśmy miłosierni, świadomi i „rozwinięci”. Jeśli chcesz pomagać, masz energię i charyzmę, możesz to robić wszędzie. Jak mantrę powinniśmy zadawać sobie pytanie o motywację. Dlaczego?”

 

Autorka: lek. wet. Natalia Strokowska

 

Bibliografia:

https://turystyka.wp.pl/jak-pomagac-wywiad-z-janina-ochojska-6044256411841665a

https://publicystyka.ngo.pl/wolonturystyka-to-nie-wolontariat-to-biznes

https://www.national-geographic.pl/porady/wolontariat-fabryka-pomocy

https://glennies.wordpress.com/czym-jest-glen/wolontariat-czy-wolonturystyka-ile-jest-egoizmu-w-altruizmie/

https://natemat.pl/189329,palisz-sie-by-pomagac-biednym-w-afryce-kenia-juz-cie-nie-chce

http://theconversation.com/even-scientists-take-selfies-with-wild-animals-heres-why-they-shouldnt-61252

 

 

 

Przejdź do następnej strony

Nasi klienci