ZNAJDŹ WETERYNARZA

poniedziałek, 13 lipca 2020
Zobacz:
stomatologianews

Najtrudniejsze i najbardziej frustrujące są zazwyczaj te przypadki, które lądują w moim weterynaryjnym archiwum X

Rozmowa z lek. wet. oraz mgr inż. zootechnikiem Magdaleną Firlej-Oliwą pracującą w Przychodni Weterynaryjnej Salamandra z Krakowa, specjalizującą się w diagnostyce obrazowej oraz chorobach wewnętrznych małych zwierząt. Na co dzień prowadzącą znany i lubiany profil na Instagramie weterynarz.tez.czlowiek

 

Za co lubisz swoją pracę?

Za to, że nigdy nie wiem na 100% co akurat tego dnia będę robić. Mimo iż w przychodni w której pracuję pacjenci umawiani są na konkretne godziny często nawet najbardziej zaplanowany grafik potrafi runąć w sytuacji gdy mamy jakiś nagły przypadek. Doceniam również fakt, że moja praca codziennie stawia przede mną wyzwania i nigdy, żaden pacjent ani żaden przypadek nie jest taki sam jak którykolwiek w przeszłości.

 

Z jakimi przypadkami najczęściej spotykasz się w swojej praktyce?
Moi pacjenci internistyczni to psy i koty z różnymi schorzeniami natomiast w związku z tym, że zajmuję się u nas w przychodni również badaniami ultrasonograficznymi jamy brzusznej robię też usg u świnek morskich, królików, chomików. Czasem zdarzają się również badania gadów ale te stanowią dla mnie największe wyzwania.

Jaki był najciekawszy albo najtrudniejszy?

Najtrudniejsze i najbardziej frustrujące są zazwyczaj te przypadki, które lądują w moim weterynaryjnym archiwum X – czyli pacjenci nie (do końca) zdiagnozowani. I dzieje się tak z różnych przyczyn! Czasem nie starcza funduszy na badania diagnostyczne zwłaszcza gdy niezbędne jest wykonanie dużej ich ilości. Czasem pacjenci wędrują do innego lekarza i nie wiem już niestety potem jak potoczyły się ich losy. Czasem mimo szczerych chęci i zaangażowania nie udaje mi się znaleźć odpowiedzi na pytanie o diagnozę. To są ciężkie chwile.

 

Co irytuje lekarza weterynarii?

Nie będę się wypowiadać w imieniu całej grupy zawodowej gdyż jak podejrzewam każdy ma swoje “kwiatki” więc mogę jedynie powiedzieć co irytuje mnie jako lekarza weterynarii. Najbardziej irytujące, a zarazem niebezpieczne dla pacjentów jest nie stosowanie się przez opiekunów do zaleceń lekarskich. Wobec takiego postępowania proces diagnostyczny i terapeutyczny nie ma prawa się udać a ja nie mogę ocenić czy diagnoza jest postawiona źle, leczenie jest nieskuteczne czy wyniknęły jakieś inne nieprzewidziane okoliczności. Jeżeli zalecam konkretny lek to wychodzę z założenia, że opiekun będzie go podawał a czasem jest tak, że spotykamy się na wizycie kontrolnej, stan pacjenta jest gorszy niż wyjściowy a ja dopiero po 15 minutach wypytywania opiekuna dowiaduję się, że leki nie były podawane z różnych przyczyn. To samo dotyczy sytuacji gdy opiekun na własną rękę, bez konsultacji ze mną wycofuje zwierzęciu jakieś leki, lub na własną rękę zaczyna zwierzęciu podawać leki ludzkie.

 

Dlaczego zamiast udać się na wizytę do lekarza, w pierwszej kolejności wchodzimy w Internet i szukamy grup wsparcia składających się wróżek i innych magicznych trolli?
Bo tak jest szybciej, bo tak jest za darmo, bo ludzie przestają ufać lekarzom. Jest to problem nie tylko weterynarii ale również medycyny “ludzkiej”. Lekarz nie stanowi już autorytetu dla przeciętnego człowieka dlatego bez względu na to czy pacjentem jest dziecko, kot czy dziadek w podeszłym wieku szukamy pomocy w internecie. Problemem niestety jest też fakt podstawowej edukacji. Niejednokrotnie spotkałam się w gabinecie z pytaniami typu “a to kot ma również nerki?” albo “ile to jest 3/4 tabletki?” Takie pytania uświadamiają, że przeciętny użytkownik internetu nie jest w stanie ocenić kompetencji (a tak naprawdę najczęściej jej braku) osoby, która na takiej grupie mu radzi w kwestii zdrowia. Wystarczy, że taka osoba użyje paru mądrych terminów medycznych i od razu wzrasta jej wiarygodność w oczach osoby szukającej pomocy. Ludzie szukający porady na grupach tego typu nie mają również świadomości, że ktoś może w wyrafinowany sposób z premedytacją wypisywać zupełne bzdury aby wyrządzić zwierzęciu krzywdę. To trochę jak wyrzucanie w parku kiełbasy nafaszerowanej szpilkami tylko w wersji dopasowanej do realiów dzisiejszego trybu życia głównie online.

 

Jak walczyć z tym zjawiskiem?
Edukować ludzi. W każdej dziedzinie związanej ze zdrowiem zwierząt jak również z zoologią szeroko pojętą. Tak aby człowiek podejmował decyzję o przyjęciu pod swój dach zwierzęcia świadomie. Aby znał warunki chowu zalecane dla danego gatunku zwierzęcia, miał świadomość, że takie zwierzę wymaga odpowiedniej pielęgnacji, dobrej jakości pokarmu i w razie potrzeby pomocy lekarza weterynarii. Brzmi jak truizm ale kilka razy z tygodniu moi koledzy przyjmują podczas wizyty gady w skrajnie złym stanie klinicznym wynikającym z nieodpowiednich warunków utrzymania tych zwierząt. Z bardziej powszechnych przykładów wystarczy posłuchać głosów twierdzących, że pies nie musi wychodzić na spacer bo opiekun dysponuje w domu ogrodem. To też są warunki chowu. Należy uświadamiać ludziom jak ogromne zagrożenie nie tylko dla zdrowia ale również dla życia zwierząt niesie ze sobą szukanie porad lekarskich w internecie.

 

 

Jak oceniasz stan wiedzy opiekunów na temat ich zwierząt? Czy jest coraz lepsza, czy nadal potrafi zmrozić krew w żyłach?
Jest spora grupa osób, która z “posiadania” zwierzęcia zrobiła hobby i to jest najbardziej świadoma grupa opiekunów. Oni właśnie zdają sobie sprawę z konieczności wykonywania badań profilaktycznych, uczęszczają na warsztaty, udzielają się w lokalnych grupach zrzeszających opiekunów danego gatunku/rasy. Z takimi ludźmi zazwyczaj dobrze się współpracuje w gabinecie lekarskim. Po drugiej stronie znajdują się ludzie, którzy zwierzaki traktują jako naturalny krajobraz swojej okolicy ale wychodzą z założenia, że jak nie ten to kolejny. Pies przy budzie, na łańcuchu, względnie luzem biegający bez nadzoru po całej wsi. Koty rozmnażające się w stodołach, nie przebadane, często chore na śmiertelne choroby lub masowo ginące pod kołami samochodów. Niby czyjeś a jednak niczyje. Na pewno świadomość wśród ludzi wzrasta z roku na rok natomiast przed nami jeszcze długa, edukacyjna droga aby osiągnąć przynajmniej poziom w miarę przyzwoity.

 

Czy często słyszysz pytanie – a może jakiś rabacik?
Na szczęście nie. Pracuję w centrum miasta wojewódzkiego, w przychodni, która w dużej mierze świadczy usługi specjalistyczne także często klienci zanim do nas trafią robią rozeznanie w cenach i raczej mało kto wygląda przy kasie na zdziwionego.

 

Jak przeciwdziałać dumpingowi cen w weterynarii?
Na aspektach ekonomicznych prowadzenia biznesu weterynaryjnego się zupełnie nie znam natomiast wydaje mi się, że edukacja opiekunów odgrywa tu dużą rolę. Ludzi należy uświadamiać dlaczego jednemu lekarzowi opłaca się robić za 200 zł to co inni robią za 800 zł i że jakość obu tych usług nie jest taka sama. Należy mówić wprost – przy zaniżonych cenach nie oszczędza się na własnym zarobku a na bezpieczeństwie pacjenta. Dobrą metodą jest też informowanie o pewnych minimalnych standardach jakie powinny być zapewnione w zakładzie leczniczym dla zwierząt tak aby opiekun mógł zrozumieć, że na koszt wizyty składa się dużo czynników takich jak wiedza, rachunki do opłacenia, sprzęty w które wyposażona jest placówka a nie tak chętnie nam przypisywana chciwość. Powyższe założenia mają prawo bytu jedynie w sytuacji gdy opiekunowi zależy na profesjonalnej a nie jakiejkolwiek czy najtańszej opiece weterynaryjnej także dopóki nie zmieni się podejście wielu ludzi do (posiadania) zwierząt dumping cenowy nie zniknie.

 

Jak według Ciebie zmieniać się będzie w najbliższych latach branża weterynaryjna?
Myślę, że zgodnie z widocznym już trendem coraz więcej lekarek i lekarzy zdecyduje się na specjalizację z wąskiej dziedzinie medycyny weterynaryjnej.

 

Zdjęcia dzięki uprzejmości lek.wet Magda Firlej-Oliwa

Opracowanie Redakcja

Przejdź do następnej strony

Nasi klienci